„Chcę” zamiast „Muszę”


Czas świąt i przygotowań do nich to jeden z najlepszych powodów, w których słowo „muszę” występuje chyba najczęściej w naszym słowniku. Przez bardzo wiele lat równie często gościło ono w moim domu: musiałam zrobić ciasto, musiałam zrobić sałatkę, musiałam zrobić to… i tamto…, musiałam posprzątać…

Muszę, muszę, muszę…

Tak często wypowiadamy to słowo, że nie przychodzi nam do głowy, że tak naprawdę mamy wybór i że zawsze go dokonujemy. Nawet jeśli używamy słownictwa, które prowizorycznie nam ten wybór zabiera, to wciąż będąc dorosłymi osobami, w pełni sprawnymi umysłowo, sami wybieramy, co robimy, a czego nie.

Używanie tego magicznego słówka w cudowny sposób zabiera nam, hipotetycznie, sprawczość nakładając odgórny, niewidzialny rygor na nasze działania. Nie pójdziemy z dzieckiem na spacer, kiedy nas o to prosi, bo jeszcze przecież tyle roboty, tyle sprzątania, tyle przygotowań, tyle gotowania, a wszystko tylko po to, aby nasze święta były idealne. W końcu robimy to dla naszych bliskich…

Czyżby?

Czy w tym wszystkim rzeczywiście chodzi o ilość przygotowanych posiłków, nieprzespanych nocy, naszych podkrążonych oczu, nerwów i zmęczenia?

Wyniosłam z domu przekonanie, że szczególnie dla kobiet, przygotowania do świąt są dalekie od relaksu, odpoczynku czy pomyślenia o własnych potrzebach. Przez bardzo wiele lat swojego dorosłego już życia piastowałam i powielałam obraz domowej tradycji, tłumacząc sobie, że to dla dzieci, żeby miały miłe wspomnienia i dla mnie także, bo im więcej przygotuję jedzenia, tym mniej będę stała w garach w święta. Złudne wrażenie…

Jako dorosła już osoba, to, co pamiętam z rodzinnych świąt, to ogromne, ogromne zmęczenie mojej mamy, widok jej osoby stojącej przy garach do pierwszej, drugiej w nocy, jej ból kręgosłupa, przemęczenie, nerwy, krzyki i pośpiech, by z wszystkim zdążyć na czas…, a potem? A potem w czasie świąt było niewiele lepiej. Dużo gości, dużo sprzątania. A to, co wspominam najlepiej i najmilej, to czas wieczorami, kiedy już nie było żadnych gości i kiedy była ta chwila, gdy mogliśmy posiedzieć w spokoju i pobyć ze sobą jako rodzina.

W tym roku i ja prawie dałam się pochłonąć temu wirowi przedświątecznych przygotowań. Prawie…, bo trwało to na szczęście jedynie przez 3-4 godziny sobotniego poranka, dopóki nie zadałam sobie pytania, czego ja chcę i co jest dla mnie ważne. Ten sobotni poranek przepełniony nerwami i stresem, gdzie młodsza córka uczepiona mojej nogi, usilnie próbowała mnie odciągnąć od zaplanowanych zadań, a ja usilnie starałam się ogarnąć, co tylko się da, by zdążyć ze wszystkim na czas. Napływająca złość i wściekłość, że za mało czasu i że wszystko jest przeciwko mnie. Aż w końcu nie wytrzymałam. Wyszłam na zewnątrz (dzieci zostały z moim partnerem), żeby odetchnąć.

Zadałam sobie pytanie: Po co to wszystko? Dla kogo? Dla mnie? Dla dzieci? Na czym mi zależy teraz najbardziej? Czego ja/ one/ my potrzebujemy w te święta? Czy ten pośpiech, gonitwa i nerwy są rzeczywiście tym, co chcę, aby moje córki zapamiętały? I wtedy przypomniałam sobie niezwykłą lekkość świąt Wielkanocnych sprzed roku, które bez planowania spędziliśmy na Majorce. Nie „musiałam” gotować, przygotowywać domu, sprzątać specjalnie na tę okazję. Spędziliśmy tam cztery dni, wyjechaliśmy zaraz po śniadaniu i to były najcudowniejsze święta, jakie do tamtego czasu przeżyłam. Cztery dni relaksu spędzone z najbliższymi, gdzie nic nie trzeba, gdzie nic nie musiałam, a wszystko jedynie chciałam.

Ktoś może powie, no tak, to było proste, aby się zrelaksować, bo w końcu byliście poza domem, na wakacjach. To prawda. Było łatwiej. Jednak w tym roku święta spędziliśmy w swoim domu i… udało nam się osiągnąć podobny stan 🙂 .

W sobotni poranek, moment, w którym zdałam sobie sprawę, że zaczynam popadać w ten stary schemat „muszę” i odpowiedziałam sobie na pytanie, czego chcę, zmienił całe nasze święta. To niesamowite, że kiedy zamienimy te powtarzane jak mantra słowo „muszę” na „chcę” (zresztą zgodnie z prawdą, bo nikt przecież nam nic nie każe), to nagle może się okazać, że poczujemy ogromną wewnętrzna niezgodę. Niezgodę na mówienie „chcę”. No bo jak można chcieć zarywać dwie czy trzy noce stojąc przy garach zamiast iść z rodziną na spacer, kiedy na zewnątrz jest cudowna, piękna pogoda, jak można chcieć dwa kolejne dni sprzątać po gościach, zamiast relaksować się w ulubiony sposób? A jeśli nawet, z jakichś powodów ktoś chce tego wszystkiego i odnajduję w tym wszystkim przyjemność, to zamiana słowa „muszę” na „chcę” i tak daje ogromne, wręcz niewyobrażalne korzyści. Dlaczego? Dlatego, że kiedy podejdzie do nas nasze kilkuletnie dziecko i poprosi nas: „Mamusi, czy pobawisz się ze mną teraz?” To zamiast odpowiedzieć mu: „Nie, Kochanie, teraz mamusia nie może, bo musi…”, odpowiemy: „Nie, Skabie, teraz chcę zrobić…” – Jakże inaczej to brzmi? Prawda? 

Co więc dla nas jest ważne w okresie świątecznym? Na czym zależy nam najbardziej? I co chcemy przekazać naszym dzieciom?

Dla mnie to możliwość spędzenia czasu z moimi najbliższymi, poświęcenie im uwagi, długie poranki w łóżku z mnóstwem przytulasów i gilgotanek, leniwe śniadania, relaks i przede wszystkim żadnego „muszę”.  

A jakie są Wasze wymarzone święta? Jak chcielibyście je spędzać? Nigdy nie jest za późno na zmiany 🙂

Post pisany z lekkim opóźnieniem, bo święta Wielkanocne dobiegają już końca, ale bardzo chciałam się z Wami podzielić tymi przemyśleniami. 

Cudownej, słoneczniej pogody i dużo relaksu!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: