Córki ojców

„Nie umiem się cieszyć z małych rzeczy. Nie cieszą mnie małe sukcesy…” Napisałam w liście do Boga. A on spojrzał na mnie łagodnie i pogłaskał po głowie mówiąc: „Wiem, widzę to. Jeśli małe Cię nie cieszą to i duże nie będą.”

Screenshot 2020-01-25 at 00.03.56

Zawsze chciałam więcej…,

Więcej i więcej,

Zawsze stawiałam sobie wysokie cele.

Nigdy nie wystarczało, że osiągałam to, co zaplanowałam,

Już po chwili ustawiałam poprzeczkę o kolejne kilka stopni wyżej.

Jeśli ktoś był w czymś dobry, to ja nie chciałam być lepsza od niego, ja chciałam być najlepsza,

Jeśli ktoś zrobił coś dobrze, to ja nie chciałam zrobić tego lepiej, chciałam zrobić to najlepiej.

Najlepiej ze wszystkich.

Zawsze dążyłam do maksymalizacji,

Do perfekcji,

Do tego uczucia… satysfakcji, pełni i zadowolenia.

Nigdy jednak nie udawało mi się go tak naprawdę poczuć.

Nigdy.

Mimo osiągania wyznaczonych celów, ja wciąż miałam wewnętrzny niedosyt, nawet nie nazwałabym tego niedosytem…, to był dziwny wewnętrzny brak, jakby pustka, której nic nie było w stanie zaspokoić…

10k mc?

100k mc?

1mln?

Osiągnięte.

Stanowisko dyrektora?

Sukces ogólnopolski?

Dwie firmy w zarządzaniu?

Też.

Zespół 40 osobowy odnoszący ogromne sukcesy ze mną na czele?

Kontrakt z Coca – Colą?

Kontrakt z Grupą Żywiec?

Zdobyte.

Wszystko było.

Spełniałam każdy postawiony sobie cel.

Każdy.

Nigdy nie istniało dla mnie pojęcie, że coś jest niemożliwe, że czegoś się nie da.

Nigdy.

Ja po prostu zawsze wiedziałam, że wszystko jest możliwe, wszystko.

Że jeśli cokolwiek zostało wymyślone przez człowieka i przez niego stworzone, to drugi może do tego dojść, że to jedynie kwestia czasu i znalezienia odpowiedniej drogi.

Osiągałam więc sukces za sukcesem, aż pewnego dnia doszłam na skraj.

Stanęłam na tym skraju i nie miałam już dłużej ani siły, ani ochoty piąć się wyżej i wyżej po tej drabinie.

Wszystko stało się bezsensowne,

Wszystko stało się bezwartościowe.

Wszystko…

Wtedy zaczęłam czuć, że nic mnie nie cieszy.

Że nie ważne, co bym robiła, nigdy nie mogłam zaspokoić tego cholernego głodu, jakim było pięcie się coraz wyżej.

Mimo to za każdym razem stawiałam sobie poprzeczkę coraz wyżej. Wyżej i wyżej.

Ale ile można? Jak daleko? Dokąd?

Przyszedł taki w końcu dzień, kiedy stojąc na skraju tego wszystkiego miałam już dość.

Dość tej gonitwy,

Dość tego pięcia się wyżej i wyżej.

Wtedy jeszcze nie wiedziałam, dlaczego mam tego dosyć.

Dlaczego jestem zmęczona takim życiem. Życiem, które kiedyś wydawało mi się spełnieniem marzeń.

Wiedziałam tylko, że chcę to wszystko zostawić, że potrzebuję oddechu.

Ci, którzy nigdy nie byli w tym miejscu, nie mogli zrozumieć mojej decyzji:

Jak to? Jak możesz nie chcieć majątku, pozycji, władzy, sukcesu? – pytali zdziwieni.

Dla nich, jak i dla mnie kiedyś, była to pełnia szczęścia.

Kilka lat później dotarło do mnie, że to wszystko, te wszystkie sukcesy, jakie osiągałam, każdy z nich, najmniejszy nawet, w każdej dziedzinie życia osiągałam nie dla siebie.

One nigdy nie były dla mnie.

Nigdy ich sobie nie dedykowałam.

One zawsze były dla kogoś.

Dla kogoś, kogo zdanie zawsze było dla mnie ważne, dla kogoś, z kim zawsze się liczyłam, dla kogoś, kto był moim autorytetem i byłam gotowa zdobyć szczyt, by tylko zobaczyć dume w jego oczach.

Jedno spojrzenie,

Jedno kiwnięcie głową,

Jeden uśmiech na twarzy,

Jedno poklepanie po plecach,

Jedno zdanie…

„Jestem z Ciebie dumny, córeczko, tak bardzo jestem z Ciebie dumny.”

To nigdy nie nastąpiło. Nigdy nie padły te słowa. Nigdy nie padł żaden taki gest.

Potrzebowałam lat, by zrozumieć, a raczej zaakceptować, że to się nie wydarzy, że moja nadzieja jest bezcelowa.

I wtedy zaczęłam żyć własnym życiem. Podejmować własne decyzje, iść własną drogą i dokonywać własnych wyborów. Takich które były zgodne ze mną. Zaczęłam też poznawać siebie, taką jaką jestem naprawdę. I przestałam czekać…

Dziś do Was kieruję te słowa… Ojcowie córek…,

Ojcowie córek niechcianych,

Ojcowie córek pogardzanych,

Ci, którzy pomiatacie nimi i widzicie w nich słabsze istoty, słabsze, głupsze, gorsze…

Spójrzcie na nie, spójrzcie choć raz w ich oczy, na ich twarze…

Zobaczcie, jak wiele dają z siebie tylko po to, byście je zauważyli, byście choć jednym słowem, jednym gestem dali znać, że coś dla Was znaczą, że są choć trochę ważne…

W każdej z nich jest cześć Was…

A Wy, Córki…,

Córki, które czujecie się odepchnięte, nieważne, poniżone, gorsze,

Córki, które staracie się ciągle i ciągle na nowo zasłużyć na ojcowską miłość, PRZESTAŃCIE! PRZESTAŃCIE!

To, czego nie otrzymałyście do tej pory, nie otrzymacie już.

I nie szukajcie tego na zewnątrz, bo nie znajdziecie…

Nie znajdziecie tego w żadnym mężczyźnie.

Nikt Wam tego nie może dać. Tej miłości, tej uwagi, tego poczucia, że jesteście WAŻNE, że coś znaczycie… Nikt prócz Was samych.

Stałyście się dojrzałe, dorosłyście,

Nie jesteście już małymi dziewczynkami, nawet jeśli w środku wciąż tak się czujecie…

To czas, by powiedzieć DOŚĆ,

By powiedzieć STOP!

To czas, by się zatrzymać w tej przegranej gonitwie.

Zatrzymać, spojrzeć na siebie i odpowiedzieć sobie na pytanie:

„Kim ja tak właściwie jestem?”

Bo wiele z Was pogubiło się w tym wszystkim, zatraciło swoją tożsamość…

Wiele z Was nie umie już odróżnić własnych wyborów od spełniania oczekiwań innych. Dlatego czas się zatrzymać…

Najwyższy czas…

I ruszyć w swoją stronę,

Odkryć swoją drogę i dać sobie to, czego tak bardzo potrzebujecie, czego pragniecie.

Bo nie ucieszy Cię żaden sukces, nawet największy, jeśli będzie on powodem byś była kochana.

 

——————————————-

„WEWNĘTRZNE DZIECKO – UWOLNIENIE”

Przyszedł czas na odzyskanie siebie.

https://sylwiapupek.com/wewnetrzne-dziecko-uwolnienie/

 

 

2 myśli na temat “Córki ojców

  1. Trafione… często chcemy komuś coś udowodnić, pokazać, że na coś nas stać, że nie jesteśmy „nikim”…ja ojca nie mam, ale mam rodzinę… która uważała mnie za taką głupiutką dziewczynkę ze wsi

Możliwość komentowania jest wyłączona.