Od tego dnia nic już nie było jak dawniej – spotkanie z niezwykłą energią

Gdybyś wierzył, że myśli kreują twoją rzeczywistość, nigdy nie martwiłbyś się, że ONA odejdzie z innym.

Gdybys wierzyła, że wszechświat ci sprzyja, nigdy nie martwiłabyś się ze on cię zdradzi.

Gdybys wierzył, że wszystko działa na twoją korzyść, nigdy nie martwiłbyś się o pieniądze. 

Gdybyś wierzył, że jesteś dzieckiem Boga, nigdy nie czułbyś się samotny, bo wiedziałbyś, że masz opiekę i miłość Najwyższego.

Co więc powinno być Twoim codziennym celem?

Do czego powinieneś dążyć każdego dnia?

Każdego poranka?

Bez czego nie powinieneś wstawać od medytacji czy pisania dziennika?

4 miesiące temu moje życie wywróciło się do góry nogami. Tak.. to całkiem nie tak dawno temu. Pewnego wieczoru poczułam silne zawroty głowy, potem ból brzucha. W nocy zawroty się nasiliły i o 4 nad ranem nie czułam już swojego ciała, było na pół bezwładne. Czołgałam się do łazienki zalewając żółcią. Czułam, że umieram. Że umiera moje ciało. Jakaś cząstka mojej tożsamości.

W takich chwilach człowiek przestaje myśleć o przyziemnych spawach. W takich chwilach zaczynasz brać na tapetę tylko PRIORYTETY! 

Moimi wówczas były moje obie córki… 

Nie pieniądze, nie dom, nie majątek, nie biznes ani klienci, ale moje dzieci i to, co się z nimi stanie, gdy nie wrócę do sprawności.

Tej nocy przyjechała karetka. Dwie kobiety nie były w stanie poradzić sobie z moim bezwładnym ciałem. Zwlekano mnie po schodach z drugiego piętra… a najbardziej zadziwiający w tym był fakt, że byłam niesamowicie świadoma wszystkiego, co się działo wokół mnie. Widziałam, co one robią, ale nie mogłam zareagować ciałem ani głosem. 

Trafiłam do szpitala. 

Wiele badań i męka, ogromna męka połączona z bólem, bo każdy ruch powodował spotęgowane zawroty, wymioty i utratę przytomności. 

Odesłano mnie do domu z podejrzeniem zatrucia.

Kolejnej nocy mój stan pogorszył się. 

O 6:15 przyjechała kolejna karetka. Tym razem dwóch mężczyzn.

Z łatwością opanowali mój bezwład i zalewanie się żółcią.

Trafiłam ponownie do szpitala. Kolejne badania, podejrzenia guza mózgu, uszkodzenia trzustki, wątroby i wiele innych okazały się błędną diagnozą.

Lekarze zdecydowali podawać mi „coś” testując jak to zadziała na mój stan. Każdy z nich miał swoją teorię i każdy nie miał żadnych na nią potwierdzeń w testach.

Każde badanie wykazywało fenomenalne wyniki.

I to było niesamowite. Ja – moje ciało oderwane od mojej świadomości i jakaś ponadwymiarowa siła podpowiadająca mi, co mam zrobić. 

Po pierwszej dawce leków mój stan się pogorszył. Po drugiej (innej) było jeszcze gorzej. I kiedy przyszło 7 lekarzy na obchód zadecydowałam, że odmawiam przyjęcia innych leków niż tylko kroplówka wzmacniająca.

Czy możecie wyobrazić sobie miny tych ludzi? Ich szok, zdziwienie i mój bełkoczący, ledwie zrozumiały angielskim, którym tłumaczyłam im zupełnie oczywiste dla mnie prawdy, że jeśli moje ciało reaguje gorzej po podaniu leków to znaczy że leki są źle dobrane, że jeśli wyniki stanu mojego mózgu, wątroby, trzustki i nerek są prawidłowe, to nie mogą mnie na to leczyć.

Dlaczego tak zrobiłam? Skąd wiedziałam, że robię dobrze?

Nie wiedziałam.

Czułam, że robię dobrze. Czułam to słuchając reakcji ciała.

Wypisano mnie po 4 dniach. Z listą leków i diagnozą, że mój stan nie ulegnie poprawie przez najbliższe pół roku.

Pół roku!!!!????

Przez pół roku wg lekarzy miałam leżeć i ledwie się poruszać do łazienki. Mieć silne zawroty głowy, problemy z koordynacją, trzęsące się dłonie i niemożliwość samodzielnego funkcjonowania.

Nie przyjęłam tego do siebie. Czułam, że jest inna droga. Że musi być inne wyjście. Że ta sytuacja miała mi coś pokazać. Wskazać jakiś kierunek, drogę, której nie widziałam dotychczas.

I wtedy przyszło do mnie. Podczas jednej z medytacji pojawiło się niesamowite światło. Rozbłysk. A potem wyjście mojej świadomości poza moje ciało i wstąpienie w nie czegoś ponadwyobrażalnego. Innej energii. Mocnej i silnej. Przepełnionej tak wielką miłością, że łzy ciekły mi po policzkach.

Poczułam JEDNOŚĆ, jedność z całym światem i z każdą istotą z osobna. Poczułam swój cel i ten cel został mi pokazany. Zarówno ten malutki, przyziemny, który mogę realizować będąc kobietą jak i ten wzniosły, cel mojej duszy.

I nagle wszystko stało się jasne i zrozumiałe. Każde przeszłe wydarzenie i każda „krzywda” jakiej doznałam. Nagle na równi stanęli obok mnie moi najbliżsi pokazując mi naszą wspólną drogę. Drogę, na którą dawno temu razem się umówiliśmy. I tak stoją równo jeden do jednego winy, żale, bóle i smutki, gniew i złość, chęć zadośćuczynienia, to wszystko przestało mieć znaczenie. Bo cel był dużo wyższy. Bo to przestało mnie określać. Przestało być moją tożsamością, a stało się doświadczeniem.

Dwa tygodnie zajęło mi dojście do pełnej sprawności fizycznej. A mentalnej? Ona uległa zmianie na zawsze. Nigdy nie wróciło już żadne z żali, lęków i poczucia krzywdy.

Od tego momentu nic już nie było takie jak dawniej. Od tego poranka każdego kolejnego dnia moim jedynym celem było ponownie doświadczyć bliskości z tą energią. Miłości i otulenia. Jedności i niewyobrażalnej wdzięczności za wszystko, co mnie otacza.

I owszem, były dni, kiedy nie udawało mi się tego poczuć. Ale to nic nie zmieniało, bo dążenie mojego serca pozostawało bezzmienne.

Pragnę byś i ty tego doświadczył w swoim życiu. I to jest cel mojej duszy. Pomóc ci dotrzeć do takiego punktu, gdzie odzyskasz łączność ze sobą, odkryjesz, kim naprawdę jesteś, a potem będziesz podążał tą drogą do końca swego życia.

Bo tylko wtedy jest możliwe osiągnięcie ABSOLUTNIE wszystkiego.

Jestem, by ci pomóc to osiągnąć.

Bo jeśli mi się udało, to znaczy, że i tobie się uda.