Dawny przyjaciel

„Był moim niechcianym przyjacielem. Latami zakradał się do mojego mieszkania i przesiadywał obok wpatrując się swoimi przerażonymi oczami. Najpierw go ignorowałam, potem próbowałam odpędzić, aż w końcu się poddałam widząc swoje działania bezcelowe.

Przykryłam go więc starymi kocami, przyklepując i wygładzając skrzętnie wszystkie nierówności. Ale i tak spod nich wyłaził. W chwilach, kiedy tego najbardziej nie chciałam plątał się i dyszał za moimi plecami. Czasem przez ten swój głośny oddech nie dawał mi usnąć. Czasem wybudzał mnie w środku nocy. Wstawałam wtedy rano zmęczona, z podkrążonymi oczami, wściekła na niego, na siebie i na wszystkich wokół. Szlak mnie trafiał, że nie potrafiłam znaleźć sposobu, by w końcu pozbyć się go z mojego życia.

Najgorsze w tym wszystkim było, że czy tego chciałam, czy nie, on wciąż był obok. Z każdym dniem nabierając siły panoszył się po moim domu i firmie. Nie pozwalał mi ułożyć sobie szczęśliwie życia z nikim, twierdząc, że nikt nie jest wystarczająco dobry.

Potrafił godzinami jęczeć drapiąc w podłogę, bym w końcu zwróciła na niego uwagę. Bym w końcu go wysłuchała.

Aż przyszedł taki dzień, że z tej swojej chorej rozpaczy zniszczył wszystko, wszystko, co miało dla mnie znaczenie, wszystko, co było dla mnie ważne, wartościowe i na co tak ciężko pracowałam. Nic nie zostało. Ocalił jedynie moją córkę i mnie. I cieszył się, że od tego momentu jesteśmy już tylko we troje. Nie chciałam na niego patrzeć. Nienawidziłam go. Nienawidziłam go za to, że zrobił to wszystko, że nie chciał się odczepić, że wszędzie się za mną włóczył, że nie mogłam przez niego rozwinąć skrzydeł, odetchnąć pełna piersią.

I pewnego dnia postanowiłam, że rozprawie się z nim ostatecznie. Raz na zawsze pozbędę z mojego życia. Wszystko skrupulatnie przygotowałam. Zaprosiłam go na kolację, zasiedliśmy do stołu. On po mojej prawej stronie, choć wolałam, by siedział na przeciwko, jak na konfrontację przystało. Oczy miał smutne. Przerażone (chyba czuł, co zamierzam zrobić). Powiedziałam mu, że mam dość. Dość takiego życia. Że ma się wynosić i nigdy nie wracać. Że go nienawidzę i nigdy nie będzie mi bliski. Wrzeszcząc zapytałam go, dlaczego? Dlaczego mnie tak wyniszcza wewnętrznie? Rzucając wyzwiskami krzyczałam coraz głośniej: czego ty do cholery chcesz? Czego chcesz ode mnie???!!!

Aż w końcu mi odpowiedział:

„Chcę byś w końcu mnie wysłuchała. Byś usłyszała, co mam Ci do powiedzenia. Byś mnie zauważyła, a nie ciągle spychała w kąt udając, że nie istnieję.” 

I tego wieczoru wysłuchałam go. Wszystkiego, co miał mi do powiedzenia. I wspólnie zapłakaliśmy nad naszym losem. 

Dziś nie jest już moim częstym gościem. Rozstaliśmy się w zgodzie i rzadko mnie odwiedza. A kiedy to robi daję mu możliwość wypowiedzenia się. Nie wyrzucam za drzwi, ani nie udaję, że go nie widzę. Zapraszam go do stołu i rozmawiam, słucham z uważnością, a kiedy już wszystko mi powie, przytulam. Wtedy żegna się ze mną i wychodzi spokojny. Wiem, że za jakiś czas znowu do mnie wróci, ale już mnie to nie przeraża.

Mój lęk.”  

Słowa są czasem zbędne. Tak, jak w tym przypadku. Każdy z nas choć raz w życiu doświadczył lęku. I tylko my sami wiemy, jak bardzo chcieliśmy, by on zniknął. Paraliżujący, obezwładniający, zaciskający swe pazury na sercu i gardle. Uniemożliwiał nam chłodne myślenie i racjonalne spojrzenie na daną sprawę. Co byśmy oddali, żeby ot tak, po prostu zniknął? Ale on sam z siebie nie znika… Nigdy nie znika. Dopiero kiedy go wysłuchamy, jeśli mamy na tyle siły, odwagi, dopiero wtedy pokazuje to, czego wcześniej nie chcieliśmy dostrzec.

Autor: Opracowanie własne

Nie rzucaj pereł przed wieprze

Zwykle zaczyna się niewinnie. Pewne rzeczy gromadzą się, gromadzą, aż w końcu przelewa się czara goryczy i dochodzisz do wniosku, że tak dłużej nie możesz już żyć. Chcesz, by w końcu było normalnie, cokolwiek to dla Ciebie znaczy.

Natłok pytań, na które nie znajdujesz odpowiedzi pcha Cię do przodu w poszukiwaniu rozwiązań. Jeśli masz środki finansowe wkrótce trafiasz na terapię, jeśli nie, starasz się swoimi siłami zdziałać, co się da, czasem z różnym skutkiem. Ale desperacja i chęć zmian są silniejsze więc przesz do przodu.

I tak kawałeczek po kawałeczku już wkrótce zaczyna pojawiać się przed Twoimi oczami nowy wymiar rzeczywistości. Obraz przeszłości i pewne Twoje zachowania zaczynają mieć uzasadnienie i wyjaśnienie, a Ty ze zdziwieniem odkrywasz, że wcale nie jesteś ani stuknięta, ani postrzelona, ani chora psychicznie, że tak naprawdę to jesteś ok i że wszystko z Tobą w porządku tylko pewne wydarzenia i osoby Cię otaczające spowodowały, że kiedyś dawno temu wmówiono Ci, że jesteś „bee”.

Wkrótce też odkrywasz fajne techniki i myślisz sobie: „Wow! Teraz będę mogła pomóc tylu bliskim mi osobom. Wszystkim, którzy ciągle narzekają, jak to mają źle, ile to już działań nie podjęli i że nic u nich nie działa.” – A tu proszę, okazuje się ze są metody, które dają efekty. Metody proste i łatwe do nauczenia się. 

I co? 

I g…!

Bo wkrótce dowiadujesz się, że większość Twoich bliskich ma w dupie skuteczną pomoc wyjścia z sytuacji w jakiej tkwią. 

Dlaczego? 

To proste. Dlatego, że im w tej rzeczywistości jest po prostu dobrze. Świetnie się czują siedząc w swojej strefie komfortu i jęcząc, że to im nie idzie czy tamto. Jednak, kiedy tylko podsuniesz im nieśmiało propozycję swojej pomocy to na opcję zmiany i zrobienia czegoś z obecną sytuacją będą kręcić nosem. A ile nagle przeciwności losu znajdą, które wprowadzenie tej zmiany uniemożliwiają??? Ohohoooo…! 

Dociera wtedy do Ciebie, co oznacza: skupić się na sobie stając po trochu egoistą. I odpowiedzieć sobie, czego ja teraz chcę? Czego potrzebuję? Na co mam przestrzeń i czas w swoim życiu, a na co nie? Na co się zgadzam, a czego nie chcę już dłużej akceptować? Gdzie, jest moje miejsce na tym świecie?  

I być może popłyną łzy, pojawi się smutek i żal, bo będzie trzeba pożegnać to, co stare i to, co znane. Pożegnać relacje, w których tkwiliśmy latami mówiąc: nie mam już więcej przestrzeni na Ciebie, nie mam przestrzeni na zajmowanie się Twoim życiem. Ale wiem, z własnego doświadczenia, że warto! Oj Warto!!! Bo to nowe, co przyjdzie jest tym, na co czekamy od zawsze! 

Ta jedna chwila

Przychodzi taki czas i moment, kiedy wypowiedziane słowo jest o jednym słowem za dużo, kiedy dokonany czyn jest o gest za daleko.

Przelewa się czara goryczy i wchodzimy na ścieżkę, z której nie da się już zawrócić. Nic, co było przedtem, nie będzie już takie same. Nie wrócimy do tych dni, godzin ani chwil. Przekroczona granica raz na zawsze odetnie nas od tego, co było, przesuwając nas za próg drzwi z napisem „Wspomnienia”.

Tak wygląda moment, kiedy w życiu podejmowane są najtrudniejsze i najważniejsze decyzje. Decyzje, które wszystko zmieniają.

Bądź Szczęśliwy!

Kiedyś, dawno, dawno temu, kiedy byłeś malutki, wmówiono Ci, że nie zasługujesz na dobre życie bez odpowiedniej zapłaty za nie. Wmówiono Ci, że aby odnieść sukces musisz ciężko pracować, poświęcić rodzinę, zdrowie i pieniądze. Wmówiono Ci, że szczęście jako takie nie istnieje i jest pojęciem względnym. Wmówiono Ci, że dobre zakończenia są tylko w bajkach, a życie nie jest usłane różami. Wmówiono Ci też, byś strzegł się przyjaciół, bo mogą być bardziej niebezpieczni niż wrogowie. I kiedy już stałeś się wystarczająco dorosły puszczono Cię w świat mówiąc: 

„Bądź Zdrowy i Szczęśliwy!”

Co więc oddałeś po drodze do swojego szczęścia? 

A co jeszcze jesteś w stanie poświęcić, by w końcu je osiągnąć?

Drogi Wszechświecie! 

Pisze do Ciebie Marysia z miasta N. Bardzo, ale to bardzo chcę być szczęśliwa! Daj mi, proszę, ukochanego męża i dziecko, najlepiej syna, a ja wówczas zrezygnuję z pracy, i pójdę do takiej w której więcej płacą i jest lepsza. 

Z poważaniem, Marysia.

Droga Marysiu! 

Szczerze mówiąc, aż się za głowę złapałem, gdy przeczytałem o pracy. Możesz zmieniać pracę dowolnie, a ja przez ten czas poszukam Ci męża. 

Powodzenia! 

Twój Wszechświat.

Szanowny Wszechświecie! 

Dziękuję za szybką odpowiedź! Ale… moja babcia mówiła, że kto dużo dostaje, ten musi dużo oddać. A co, jeśli będę miała i to, i tamto, a Ty mi za to obetniesz nogę, gdy będę przechodzić przez tory tramwajowe? Nie chcę. Zrobimy tak: zmieniam pracę, mam męża, ale w zamian za to jestem gotowa całe życie spędzić w kawalerce. 

Zgadzasz się?

Droga Marysiu! 

Padłem ze śmiechu czytając o nodze. Sens babcinego powiedzenia jest taki, że kto więcej otrzymuje talentów, możliwości, wiedzy i umiejętności, od tego ludzie więcej oczekują. Przecież masz odłożone pieniądze na spore mieszkanie, kupuj je sobie na zdrowie. Nogę zachowaj.

Drogi Wszechświecie! 

W zasadzie bardzo się ucieszyłam, gdy przeczytałam o nodze. ALE: będę miała męża, dziecko, miłość, mieszkanie i nogę. To znaczy: dwie nogi. Co będę musiała Ci za to oddać?

Marysiu! 

Dlaczego rozmawiasz ze mną jak z biurem windykacyjnym??? Dostałem zlecenie – to wykonuję!!! Czy kiedykolwiek powiedziałem, że będziesz mi coś za to winna?

Tak! To znaczy – nie. Po prostu nie może być tak, żeby wszystko było dobrze, rozumiesz??? Płakałam dziś przez całą noc, bo wpłaciłam zaliczkę na mieszkanie. Piękne mieszkanie, z widokiem na rzekę. Pewnie mąż będzie brzydki. Powiedz wprost. Jestem na to przygotowana.

Droga Marysiu! 

Mąż będzie taki, jak trzeba. Poznasz go w najbliższych dniach. Odpowiadam na twoje pytanie: MOŻE TAK BYĆ, że wszystko jest dobrze. W zasadzie, jest mi wszystko jedno, co zamawiacie – dobre czy złe. Chodzi o to, żeby człowiek wiedział, czego chce.

Szanowny Wszechświecie! 

A może tak być, żeby przez cały czas było dobrze… Bo jeśli będzie przez pięć lat, to zgadzam się na zalanie mieszkania…

Marysiu, 

odpowiem szczerze. Może być dobrze przez cały czas, ale nie może być dobrze tak samo. Wszystko będzie się zmieniać, nie zmienia się tylko to, co jest martwe. A gdy się będzie zmieniać, to może Ci się wydawać, że jest źle. Chwilowo.

Wszechświecie! 

Tylko nie noga!!! Lepiej niech mąż mnie zdradzi.

Mario! 

Przestań się ze mną targować, nie jesteśmy na bazarze!!! Nie kieruję losem. Moim zadaniem jest dać człowiekowi to, o co prosi. Mam tylko jedną prośbę: masz talent i serce do szycia. Gdy już się ogarniesz, zacznij szyć, może narzuty? Wiele radości możesz ludziom sprawić.

Drogi Wszechświecie! 

Od rana skaczę z radości! Naprawdę nie będę Ci nic winna? Zaproponowali mi jeszcze lepszą pracę, a ten sympatyczny chłopak z kawiarni umówił się ze mną na randkę!!! Hura! (To się nie zdarza! To się nie zdarza!). Kupiłam maszynę do szycia. 

Całuję!

Droga Marysiu! 

Wszystko w porządku. Możesz robić co chcesz, dopóki nikogo świadomie nie krzywdzisz. Nic Ci za to nie grozi. Przeciwnie, jeśli przestaniesz się martwić, to mnie uszczęśliwisz. Najgorzej mam z marudami, szczerze mówiąc, mam na nich alergię, cały się drapię. Powodzenia, Marysiu! Muszę się zająć nowym zamówieniem na trojaczki, strasznie się rodzice targują, proponują w zamian swoje zdrowie. Ale po co mi ich zdrowie?… 

Twój Wszechświat.


………………………………………………………….

Cześć Wszechświat! 

Co u Ciebie? Córka rośnie wspaniale. Uszyłam najpiękniejszą narzutę na świecie, zajęłam pierwsze miejsce w konkursie na narzuty, przychodzą nowe zamówienia, chyba otworzę firmę. Budzę się rano, ptaki śpiewają… Czasem myślę, że nie zasłużyłam na takie szczęście… 

Twoja Marysia. 

Mąż też pozdrawia!

Witaj Marysiu! 

Głupio wyszło, trochę się pomyliłem, zamawiałaś syna… Ale widzę, że jesteś szczęśliwa. Bycie szczęśliwym – to normalne. Nie traktuj tego w kategorii wspaniałego prezentu, tylko jako spokojne tło dla swojego życia. Zachwyt natomiast czasem dają takie drobiazgi, które każdy ma bez żadnego proszenia: to nie moja sprawa kazać ptakom śpiewać pod Twoim oknem. To się każdemu należy, pakiet bazowy, że tak powiem. Twoją sprawą jest usłyszeć te ptaki i… już, dalej kombinuj sama. Pisz, jakby co.

Twój Wszechświat„.

Autor: Po Pierwsze Ludzie

Zazdrość

sylwia_pupek„Było sobie kiedyś dwóch ciężko chorych mężczyzn, którzy dzielili niewielki pokoik w pewnym szpitalu.

Pokój, naprawdę mały, miał tylko jedno okno.

Jeden z chorych, ten, którego łóżko znajdowało się naprzeciw okna, mógł codziennie po południu – w ramach leczenia – siadać na godzinę w swoim łóżku, co miało pomóc odprowadzić flegmę z płuc czy coś takiego. Drugi mężczyzna musiał niestety cały czas leżeć.

Tak więc każdego popołudnia pierwszy z chorych siadał wsparty poduszkami naprzeciw okna i spędzał godzinę, opisując swemu towarzyszowi, co widzi za oknem.

Najwyraźniej okno wychodziło na park. Był tam staw, a w nim kaczki i łabędzie. Dzieci rzucały im kawałki chleba albo puszczały łódki.

Pod rozłożystymi koronami drzew spacerowali, trzymając się za ręce zakochani; były kwiaty i trawniki, na którym grywano w piłkę… A w tle, za drzewami, rozciągał się wspaniały widok na miasto.

Mężczyzna, który nie mógł siadać i oglądać wszystkiego, słuchał łapczywie słów współtowarzysza, ciesząc się każdą minutą opowieści.

Dowiadywał się, jak to jakieś dziecko nieomal wpadło do stawu i jak ślicznie wyglądały dziewczęta w letnich sukienkach.

Odnosił wrażenie, że dzięki relacjom swego przyjaciela sam widzi dokładnie, co dzieje się za oknem.

Któregoś popołudnia uderzyła go dziwna myśl: dlaczegóż to niby tylko tamten mężczyzna miałby rozkoszować się widokiem z okna? Czy i on nie miał prawa wyjrzeć na zewnątrz?

Wstydził się swojej zazdrości, lecz im bardziej starał się o niej zapomnieć, tym większe dręczyło go pragnienie zmiany. Zrobiłby wszystko, byle wyjrzeć przez to okno!

I oto pewnej nocy, wpatrzony w sufit, usłyszał, jak jego współtowarzysz budzi się i kaszląc i dusząc się, rozpaczliwie szuka przycisku, którym mógłby przywołać pielęgniarkę.

Nie pomógł mu jednak, obserwował go tylko.

Oddech tamtego biedaka wkrótce zamarł.

Rano zabrano jego ciało.

Odczekawszy nieco, by nie przekroczyć granic przyzwoitości, mężczyzna poprosił, by przeniesiono go do łóżka naprzeciw okna.

Spełniono jego prośbę.

Otulony pościelą, leżąc wygodnie, czekał, aż wszyscy wyjdą. Potem podniósł się ciężko na łokciu i zaciskając z bólu zęby, zerknął przez okno.

Za oknem była ściana.”

Nie masz prawa!

Nie wolno Ci tego czuć, gówniarzu!

Zamknij się! Nie podnoś na mnie głosu, rozwydrzony bachorze! 

Jestem Twoją matką! Nie masz prawa na mnie krzyczeć! 

Należy mi się szacunek!

Ja Ci się zaraz pozłoszczę, gówniaro!

Jesteś za mały, żeby tak się zachowywać!

Jesteś za mała, żeby tak się odzywać!

Nie wolno…!

Nie możesz…!

Nie masz prawa…!

Jako kilkuletnie dziecko nie masz.Więc dorastasz… I mając 20, 30, 60 lat w sytuacjach podbramkowych zachowujesz się jak dziecko. 

Dlaczego? 

Bo wtedy Ci wolno.

Bo teraz jesteś już wystarczająco duży i wystraczająco dorosły.Bo teraz możesz. Tyle, że teraz masz też więcej opcji. Nie tylko krzyk i tupanie nóżkami. Teraz możesz rzucić nie tylko słowem, możesz rzucić też kubkiem, talerzem, aż roztrzaska się z hukiem o ścianę czy kafelki na podłodze. Możesz trzasnąć drzwiami aż tynk odpadnie. Wyjść z domu i wrócić po kilku godzinach, albo spakować się i w ogóle nie wracać. Możesz też zostać i zalać banię… i możesz robić to co dzień lub co tydzień. Wedle życzenia. Sposobów jest mnóstwo. W końcu jesteś dorosły, możesz więc więcej niż kiedy byłeś małym gówniarzem. 

Problem w tym, że na dłuższą metę nic z tych sposobów nie działa.Nie przynosi długofalowej ulgi. Na chwilę jest Ci lżej, ale za każdym kolejnym razem emocje stają się coraz silniejsze, a Ty szukasz coraz to skuteczniejszych sposobów na ich stłamszenie.

I znowu pojawia się złość i wściekłość.I znowu zaczynasz wewnętrznie kipieć. Niestety tym razem pod ręką nie ma żony czy męża, jest dziecko. Wydzierasz się więc na nie, żeby dać upust swojej frustracji i zdenerwowaniu. Wrzeszczysz o byle co i ile pary w ustach.

A potem…?

Emocje opadają i przychodzi to paskudne poczucie winy…,że w sumie to nie miałeś powodu krzyczeć, bo dziecko nie zrobiło nic złego. Bo może chciało zwrócić Twoją uwagę na coś albo po prostu potrzebowało Cię w danym momencie. A Ty, jak w amoku szału, furczałeś, ile sił, miotając się po pokoju i nie przebierając w słowach. 

Pytanie, czy w końcu dotrze to do Ciebie?

Czy dotrze do Ciebie, że problem nie leży po stronie dziecka?Ani po stronie dziecka, ani po stronie męża, żony czy kogokolwiek innego. 

Że jedyna strona, po której się on znajduje, to TY! 

Niestety! 

Złość, gniew, wściekłość, żal, agresja i wiele innych emocji – jeśli je czujesz to nie dlatego, że:

– „… ktoś Cię zezłościł.”

– „… ktoś Cię zdenerwował.”

– „… ktoś sprawił Ci przykrość.”

Czujesz je dlatego, że sobie na nie pozwalasz, że dajesz im upust, albo też…, że dłużej nie umiesz ich już wstrzymywać.

I co dalej? 

Przecież od lat słyszysz w kółko, że ktoś kogoś zdenerwował, lub ktoś jest przyczyną czyjegoś złego nastroju i samopoczucia. Nikt nie powiedział Ci, że sam ponosisz odpowiedzialność za własne emocje. 

Niestety. 

Ale tak właśnie jest.

Tylko ty masz możliwość wyrażenia wewnętrznej zgody na czucie tego, co czujesz, na to, by coś Tobą poruszyło lub nie. Nikt inny nie ma nad tym kontroli. 

Tak, wiem, łatwiej powiedzieć: 

„To przez Ciebie! Bo Ty mnie ciągle denerwujesz!”

Sama w tym byłam.

Dużo łatwiej jest przerzucić odpowiedzialność za swoje samopoczucie na innych, nawet na dziecko. 

Dużo trudniej jest wziąć odpowiedzialnośćza swoje emocje i zachowanie. 

Ale czy takie zachowanie nie przypomina Ci sytuacjiz czasu, kiedy sam byłeś dzieckiem? Kiedy obwiniałeś kolegę, koleżankę, rodziców, brata, siostrę czy kogokolwiek innego o to, że jesteś zły, smutny, wściekły? 

Małe dziecko nie ma jeszcze wykształconej na tyle świadomości, aby wiedzieć, jak sobie radzić z emocjami. To rodzice są dla niego drogowskazem, przewodnikiem w tych trudnych chwilach. Tak samo Twoi rodzice byli kiedyś Twoimi przewodnikami. 

Co się więc dzieje, jeśli małemu dziecku będziemy ciągle powtarzać? 

„Nie wolno Ci się złościć!”

„Nie wolno Ci być smutnym!”

„Nie wolno Ci… czuć tego i tego!” 

Takie dziecko zacznie blokować w sobie te emocje.Dusić je i chować na tyle, na ile potrafi i na ile jest w stanie, często w obawie przed konsekwencjami (bo nie dostanie cukierka, bo nie obejrzy bajki, bo zostanie ukarane w taki czy inny sposób). Być może tak samo było u Ciebie.

Złą wiadomością w tym wszystkim jest to, że zduszone emocje nie rozpływają sięjak mgła w powietrzu. Zostają one na zawsze w naszym ciele. Kiedy dorastamy, widać je w naszym stylu chodzenia, w posturze ciała, w tym jak trzymamy głowę. Widać je w przykurczonych mięśniach, zgarbionych plecach, skrzywionej minie czy zaciśniętych pięściach. Czuć w bólu kręgosłupa, bólu serca czy żołądka. Zduszone emocje nie znikają.One szukają innej możliwości niż naturalna, by się uwolnić, wydostać. A kiedy jej nie znajdują zapisują się w naszym ciele,uśmiercając jednocześnie nasze komórki. Jedna po drugiej.

Cała obecna psychologia i psychoterapia zaczynają oscylować i coraz intensywniej przyglądać się emocjom i skutkom, jakie przynosi ich tłamszenie. Tym samym, coraz więcej znajdujemy metod i narzędzi do pracy z emocji. Jedne są łatwe i proste. Inne, wymagają pomocy wprawionego coacha lub dobrego terapeuty. 

Dziś możesz zrobić sobie rundkę EFT,możesz przeprocesować emocje, możesz napisać list lub zastosować technikę pustego krzesła, albo też któreś z ćwiczeń Lowena

Cokolwiek byś nie wybrał, w którąkolwiek stronę byś nie ruszyłto i tak każda ścieżka zaprowadzi Cię w jedno miejsce. W miejsce, gdzie wszystko się łączy i gdzie wszystko się zaczęło. 

Do Twojego dzieciństwa.

Nie ma innej drogi. 

Możesz uciekać w duchowość,medytację, afirmację i wiele, wiele innych filozofii i technik, odchodząc coraz bardziej od tego co ziemskie i cielesne. Ale wcześniej czy później wrócisz do chwil, w których wszystko się zaczęło, do chwil od których tak usilnie uciekasz. 

Bo tylko tu jest odpowiedź i rozwiązanie wszystkiego. 

Zmowa milczenia

Przeniesione schematy

żródło: Pinterest

To takie ciche prawo, niemówiona rodzinna zasada. 

Było to było. 

Nie ważne jak, źle czy dobrze. 

Minęło i nie ma po co wracać do tego. 

Czemu? 

… bo to przeszłość,

… bo to rani innych, 

… bo czasu nie cofniesz,

… bo i tak nic nie zmienisz,

… bo trzeba żyć przyszłością, a nie tkwić w przeszłości.

Akceptowalne jest płakanie do poduszki, branie antydepresantów, chodzenie na terapię, ale mówienie głośno, że przyczyną tego wszystkiego jest nasze dzieciństwo, to już nie.

„A jakie ty miałaś, te dzieciństwo, co?”

„Co niby tak złego ci się przytrafiło?”

….mogą paść pytania.

A po chwili odpowiedzi w postaci:

„Ty miałaś źle? Wiesz jak ja miałam źle…”

„Chyba nie wiesz, co to znaczy naprawdę złe dzieciństwo.”

Kwestia w tym, że nie chodzi tu o rozpatrywanie, kto miał gorzej, a kto lepiej i komu należy się prawo mówienia, że miał ciężko, a kto nie powinien nawet o tym wspominać.

Nasze dzieciństwo i przeżycia z tego okresu oraz doświadczenia są bardzo subiektywne i oparte przede wszystkim na naszych emocjach i potrzebach jakie za nimi stały, a raczej niezaspokojeniu tych potrzeb. Ponieważ każdy z nas jest inny trudno oczekiwać, byśmy wszyscy mieli identyczne odczucia i tego samego potrzebowali do prawidłowego rozwoju emocjonalnego.

Gdy nie chcemy przyjrzeć się swoim przeżyciom najczęściej przerzucamy naszą uwagę na sytuację innych osób, porównując swoją przeszłość do ich szybko oceniamy, szufladkujemy, a czasem nawet podnosimy siebie na duchu. Czytamy dramatyczne historie rodzin alkoholowych, narkomanów czy skrajnej patologii i w duchu myślimy sobie, że na szczęście my tak ciężko nie mieliśmy. Może i było czasem źle, ale nie aż tak. Mieliśmy co jeść, mieliśmy w co się ubrać i jakoś to było. 

Zawsze zresztą mogło by być gorzej, prawda?

Czyżby? 

A co kiedy dowiadujemy się, że były rodziny, gdzie dziecko traktowano z szacunkiem? Gdzie troszczono się o jego potrzeby i liczono z emocjami? Gdzie było tak samo ważne jak dorosły?

Być może nie zastanawiamy się nad tym i pewne zachowania wydają się nam tak oczywiste i powszechne, że nie bierzemy pod uwagę, że gdzieś może być inaczej.

A co się dzieje, gdy ktoś nagle zaczyna głośno mówić, że jednak było inaczej? 

Kiedy na światło dzienne wychodzą rodzinne przewinienia czy zaniedbania? Gdy ktoś zaczyna mówić o nagminnie stosowanej przemocy fizycznej czy znęcaniu się psychicznym?

W latach 90, kiedy dorastałam, ponad 90 procent rodzin miała podobny styl wychowywania dzieci. Za nieposłuszeństwo dzieci karano biciem. Krzyk był podstawową metodą komunikacji rodzica z dzieckiem, a szantaże i wymuszanie oraz straszenie jedyne znane ówczesnym rodzicom techniki uzyskiwania oczekiwanego zachowania. 

Dzieci nie miały prawa głosu, dzieci miały siedzieć cicho, dzieciom nic nie było wolno. W wielu domach traktowano je jak darmowych robotników i tak też nimi rozporządzano, pewnie stąd tak popularna wielodzietność w ówczesnych rodzinach (pomijając trudną dostępność antykoncepcji).

Jakie konsekwencje ten styl wychowywania spowodował w dorosłym życiu? 

Nikt nie zastanawiał się wówczas nad tym. Nikt nie liczył się z psychiką maltretowanego dziecka. Myślę też, że w mało której rodzinie było znane wówczas pojęcie niedostępności emocjonalnej czy przemocy psychicznej, a przecież w wielu domach poniżanie, wyśmiewanie się, wyzywanie i znęcanie się było jak chleb powszedni. 

A co z relacjami między rodzicami? 

Czy to nie z domu dziecko wynosi obraz związku, małżeństwa i rodziny, który będzie powielać w swoim życiu? Ile takich schematów przenieśliśmy w nasze dorosłe życie? 

Wystarczy spojrzeć tylko na naszą relację. W czym przypominamy swoją matkę, a w czym ojca? Kogo reprezentuje nasz partner czy partnerka? Cechy którego z rodziców? A związki naszego rodzeństwa? Kto z nich powielił małżeństwo rodziców? 

źródło: Pinterest

A co z naszym podejście do dzieci?

Gdy nasze potrzeby, spychane na daleki koniec, nie zostają zaspokojone i w końcu puszczają nam nerwy, jakich używamy słów? Jakiego tonu głosu?

Jakiś czas temu przeczytałam książkę o Polsce z lat 20. I byłam przerażona. Przerażona obrazami, jakie autor opisywał.

W tamtych czasach dziewczynki w wieku 8-10 lat często były odpowiedzialne za utrzymanie rodzin. Wysyłano je więc do pracy na ulicę jako prostytutki. Było to na tyle powszechne, że nikt się z tym nie krył, ani rodziny tych dzieci, ani ci, którzy korzystali z ich usług. I nasuwa się wtedy pytanie, jak kobieta, mająca za sobą taka przeszłość, ma wydać na świat i otoczyć miłością zdrowe psychicznie dziecko

Ciągnące się pokoleniami wzorce i schematy mogą zostać przerwane tylko, wtedy gdy zostaną świadomie rozpoznane i przepracowane. Udawanie, że do pewnych sytuacji nie doszło lub że pewne wydarzenia nie miały miejsca niczego nie zmienią, jedynie przesuną brzemię na pokolenie naszych dzieci.

Jeśli nie staniemy twarzą do problemu i nie uświadomimy sobie, jak wiele schematów przenosimy z domu rodzinnego, nigdy nie będziemy w stanie niczego zmienić.


Dziś mamy wybór: możemy dalej udawać, że było cudownie lub zacząć czyścić swoją przeszłość. Bez zajrzenia w jej najciemniejsze zakamarki nie ma możliwości uzdrowienia i stworzenie czegoś nowego.


Kim jestem?

…czyli o rolach w rodzinie

źródło: Pinterest

Z czasów studiów pamiętam definicję rodziny jako najważniejszej, podstawowej jednostki społecznej. Ale jest jeszcze inna definicja, gdzie rodzina określana jest swoistym systemem, rządzącym się swoimi prawami i regułami, w którym każdy element, czytaj członek rodziny, ma ściśle określoną rolę. Jakiekolwiek zaburzenia lub zachwiania w tym systemie powodują ogromne konsekwencje dla wszystkich jej członków.

A co może zachwiać systemem?

Chociażby chęć wyjścia jednego z członków z przyjętej roli. O jakich rolach tutaj mowa? Na pewno każdemu znane są takie role, jak rola: żony, matki, męża, ojca, dzieci, brata czy siostry. Dziś jednak opowiem o trochę innych rolach, o rolach występujących przede wszystkim w dysfunkcyjnych rodzinach.

Czym są dysfunkcyjne rodziny?

Mimo, że w przeświadczeniu wielu osób rodzina dysfunkcyjna to rodzina patologiczna, skrajnie nadużywająca alkoholu, narkotyków, środków odurzających czy też przemocy fizycznej, to jednak pod pojęciem dysfunkcyjności wg mnie kryje się dużo więcej. Do dysfunkcyjnych rodzin należą rodziny rozbite, rodziny, gdzie stosowana jest przemoc psychiczna i fizyczna, gdzie naruszane są intymne granice dziecka, gdzie występuje molestowanie i wykorzystywanie seksualne. To rodziny, gdzie nie obce jest wychowywanie poprzez bicie, klapsy, kary, krzyki, szantaże i wyzwiska, rodziny gdzie potrzeby dziecka są skrajnie zaniedbywane, a zachowania, takie jak: szarpanie, bicie się rodziców lub awantury są chlebem powszednim.

W tych rodzinach dzieci przyjmują określone role, dzięki którym system jest w stanie przetrwać. O jakich rolach mówię? Oto one:

  • Złote dziecko
  • Bohater
  • Dziecko maskotka
  • Czarna Owca
  • Kozioł Ofiarny
  • Dziecko we mgle

Świadomie nie łączę tutaj roli Złotego dziecka z Bohaterem rodzinnym oraz Czarnej Owcy z Kozłem Ofiarnym, gdyż z własnych obserwacji, ale zaznaczam, że to moje subiektywne zdanie, zauważyłam znaczące różnice między tymi rolami.

źródło: Pinterest

Złote dziecko

Od początku ma specjalne przywileje i więcej praw od innych dzieci. Faworyzowane najczęściej przez jednego z rodziców (tego, który jest lub przejawia cechy narcystyczne). Chwalone i podawane jako wzór do naśladowania.

Zadaniem Złotego dziecka jest całkowite poddanie się woli rodzica – bez zająknięcia musi ono płynąć ustalonym przez niego szlakiem w przeciwnym wypadku zostanie wykluczone z bycia ulubieńcem. Jego droga życiowa jest określona najczęściej przez niespełnione marzenia matki lub ojca. Nie ma więc tam miejsca na jakąkolwiek indywidualność czy szukanie odpowiedzi na pytania: kim jestem, czego pragnę, gdzie moja ścieżka życiowa.

Złote dziecko jest przykładem dla wszystkich. Wyrasta w środowisku wiary w swoją wyjątkowość i niepowtarzalność. Jednak kiedy dorośnie, świat może mu pokazać zupełnie inną stronę medalu. Mimo to Złote dziecko będzie robiło wszystko, by zachować pozory wyjątkowości.

Obserwując dorosłego już człowieka w tej roli zauważymy, że wciąż jest on uczepiony mamusinej spódnicy (lub tatowych spodni) – zależny, manipulowany i kontrolowany. Swoje decyzje często konsultuje z rodzicami starając się w dalszym ciągu utrzymać swoją pozycję.

Złote dziecko, tak naprawdę, do końca samo nie wie, kim jest. I nie ma w tym nic dziwnego, skoro już od małego było ono przygotowywane do tej roli. Nigdy nie pozwolono mu dorosnąć i stać się indywidualną jednostką, a wszelkie przejawy autonomii były skutecznie tłumione.

Jeśli mimo wszystko wydarzy się sytuacja, która spowoduje, że Złote dziecko zapragnie poznać i odzyskać siebie, to może się ono liczyć z ogromnym gniewem i atakiem skierowanym przeciwko swojej osobie. Wyjście z tej roli nigdy nie spotka się z aprobatą rodzica, co automatycznie wiązać się będzie z utratą wszelkich przywilejów.

źródło: Pinterest

Bohater

Rodzinny bohater, najczęściej najstarsze dziecko w rodzinie, czuje ogromną presję odpowiedzialności za wszystkich jej członków. Narzuca się mu niezliczoną ilość obowiązków, co przyjmuje z pokorą, zapominając o własnych potrzebach. Na swoje barki bierze odpowiedzialność za wszystkie potknięcia pozostałych członków rodziny. Jest on opiekunem nie tylko rodzeństwa, ale często także i jednego z rodziców, stając się jego powiernikiem i „dozgonnym sługą”.

Bohater jest wizytówką rodziny, symbolem, że wszystko w rodzinie jest ok. Już od najmłodszych lat stawia sobie bardzo wysoko poprzeczkę stając się pracowitym perfekcjonistą, zorganizowanym i nastawionym na zadania.

Przeciążenie nadmiarem obowiązków przytłacza go na tyle mocno, iż nie znajduje on już na nic więcej czasu. Często przejmuje odpowiedzialność za innych starając się rozwiązać ich problemy, nawet jeśli są to problemy osób dorosłych.

Jest bardzo powściągliwy w okazywaniu uczuć, nie pozwala sobie na złość i wszelkie przejawy negatywnych emocji. Nosi w sobie jednak ogromne poczucie wstydu za całą rodzinę. Często porównuje się do innych czując się przy tym dużo gorszy i mniej wartościowy.

Jego życie to ciągły stres i napięcie, a wieczna kontrola daje mu złudne poczucie bezpieczeństwa.

 Dziecko maskotka

Dziecko Maskotka potrafi wszystkich doprowadzić do łez podczas rodzinnego spotkania. To rodzinny błazen, którego domeną jest dowcip, wdzięk, lekkość, wesołość i optymizm. Każdą sytuację potrafi obrócić w żart. Gdziekolwiek się nie pojawi staje się „duszą towarzystwa”.

Dorosłe Dziecko maskotka uwielbia towarzystwo i jak każdy błazen potrzebuje publiki do podniesienie swojego poczucia wartości, nawet jeśli tą publiką są dzieci.

Głośny, gadatliwy wesołkowaty, absorbujący i natrętnie szukający uwagi wśród rozmówców, z trudem znosi przebywanie w zbyt poważnym czy powściągliwym towarzystwie, które nie daje mu szansy wykazania się.

Niestety, mimo własnego postrzegania siebie jako osoby uwielbianej, najczęściej jest odwrotnie. O ile przy nim wszyscy się śmieją, o tyle za jego plecami nikt nie traktuje go poważnie. Ludzie akceptują go w swoim otoczeniu jednak krótkotrwale, dlatego, między innymi, nie otrzymuje on zbyt wiele zaproszeń na imprezy towarzyskie.

Jakie jest naprawdę Dziecko maskotka?

Pod przykrywką wesołkowatości i dowcipkowatości jest pełen lęku, strachu i smutku. Niepewność i samotność to emocje, których nie chce czuć i do których nie chce dopuścić bez względu na wszystko, przykrywa je więc swoim błazeńskim zachowaniem mając nadzieję, że nikt nigdy ich nie zauważy.

źródło: Pinterest

Czarna owca

Któż z nas nie słyszał powiedzenia: „… to czarna owca tej rodziny”. Kimkolwiek by ta osoba nie była, kiedy słyszymy takie słowa, od razu doczepiamy do niej metki i raczej nie są one pozytywne. Z dystansem też podchodzimy do utrzymywania bliższych kontaktów z kimś takim.

Dlaczego?

Ponieważ Czarna owca to skupisko i zbiorowisko wszystkiego co najgorsze, to kłopoty, problemy i ryzyko, że zadając się z nią zostaniemy wciągnięci w jakieś bagno. Dlatego zachowując bezpieczny dystans chronimy siebie przed ewentualnymi kłopotami.

W rzeczywistości nikt tej osoby nie pytał, czy chce przyjąć taką rolę, a na kogoś musi spaść odpowiedzialność za wszystkie zło w domu rodzinnym. Ktoś musi być winny. Czarna owca to główny temat wszystkich rodzinnych spotkań. Przez swoje nieposłuszeństwo i niechęć do przystosowania się do schematów i rodzinnych reguł notorycznie łamie zasady panujące w domu. Już od najmłodszych lat stwarza kłopoty popadając w coraz to większe tarapaty. W życiu i relacjach społecznych ciężko jej nawiązać zdrową relację czy stworzyć trwały związek. Często na niej skupia się cała uwaga rodziny, odciągając ich tym samym od prawdziwego problemu. Jeśli w domu była stosowana jakakolwiek forma przemocy to właśnie Czarna owca dostaje najbardziej po głowie.

Jednak to ona jako pierwsza dostrzega dysfunkcyjność rodziny.

Pod powierzchnią buntownika, Czarna owca, to często osoba szukająca aprobaty i akceptacji. Wiecznie niedoceniana zrobi wszystko, by przyciągnąć uwagę tych, na których jej zależy, czasem w zupełnie nieodpowiedni sposób, a nie uzyskawszy oczekiwanego efektu przeskakuje z jednej skrajności w drugą. Pełna złości, gniewu, poczucia niesprawiedliwości, opuszczenia, odrzucenia i braku akceptacji stara się udowodnić wszystkim, że jest coś warta. Usilnie, latami, poszukuje odpowiedzi na pytanie, co jest właściwe i co powinna zrobić, by zasłużyć na uznanie czy miłość.

O ile pewne cechy łączą Kozła ofiarnego z Czarną owca o tyle są także rzeczy, które ich dzielą.

Kozioł ofiarny

Kozioł ofiarny jako dziecko to często bardzo słaby uczeń, idący ścieżka najmniejszego oporu. Wagarujący i unikający odpowiedzialności. Wpływający destrukcyjnie na grupę lub klasę. Brak mu motywacji i chęci.

W życiu nawiązuję relacje z osobami zbliżonymi do siebie, są to jednak najczęściej powierzchowne kontakty. Wszystkich wokół oskarża o swoją sytuację i obwinia za wydarzenia życiowe. Świat i życie postrzega jako niesprawiedliwe i każdego dnia wyrusza na nierówną walkę z nimi, w której niestety zawsze przegrywa. Łatwo wpada w gniew, rozdrażnienie czy rozżalenie. Jest przepełniony złością i jedyną drogę, jaką znajduje na wyrażenie tej emocji to zachowania autodestrukcyjne, raniące i niszczące docelowo samego siebie: bójki, samookaleczenia, agresja czy prostytucja.

Dziecko we mgle, Dziecko niewidzialne

Zagubione, ciche, często chwalone już od najmłodszych lat jako te, które potrafi się same sobą zająć. Unika kłopotów, kontaktów z ludźmi czy rówieśnikami. Żyje w swoim świecie, w izolacji od wszystkich, a zachowaniem stara się nie zwracać na siebie uwagę.

Jednak mimo przyjętej pozy niewidzialności wewnątrz takiego dziecka toczy się nieprzerwana walka, walka emocji: złości, agresji, wściekłości, bezsilności, smutku i żalu. Czuje się bezwartościowe, niegodne uwagi i osamotnione. Z jednej strony unika kontaktów z innymi, z drugiej zaś tęskni za tym, by być zauważone. Zdarza się nawet, że aby zwrócić uwagę któregoś z rodziców zaczyna notorycznie chorować odnajdując w tym sposób na otrzymanie potrzebnego zainteresowania.

Na zewnątrz postrzegane jako samotnik stroniący od towarzystwa, często z nadwagą lub niedowagą, zamknięte w sobie, unikające wszelkich sytuacji konfliktowych. Często myśli o sobie, że najlepiej byłoby, gdyby przestało istnieć, rozpatrując tym samym różne formy samobójstwa.

źródło: Pinterest

Powyżej wymienione role nie występują w czystej formie, częściej są mieszanką kilku z nich z przeważającymi elementami jednej. Nadane i raz przyjęte raz rzadko podlegają zmianie. Utrzymanie ich jest bardzo ważne dla zachowania „równowagi” systemu rodzinnego, a jakikolwiek przejaw ingerencji czy chęci zmiany spotyka się najczęściej z dużym oporem i brakiem poparcia.

Istnieją jednak sytuacje, kiedy poprzez działania czy podjęte decyzje któregoś z członków rola w rodzinie ulegnie zmianie. Przykładem może być tu sytuacja, gdy osoba będąca dotychczas np. w roli Dziecka we mgle poprzez terapię zacznie odzyskiwać własną tożsamość, nabierać pewności siebie i poczucia własnej wartości. Zmiana taka nie będzie jednak tym, czego system rodzinny oczekuje, jeśli więc taka osoba liczy na akceptację i poklepanie po plecach to jest w ogromnym błędzie.

Dążeniem członków systemu jest sprowadzenie tej osoby do starej roli, a jeśli się to nie powiedzie, jej rola zostanie narzucona komuś innemu, a ona wykluczona z systemu.

Wyjście z określonej roli nie jest proste, ale nie jest też niemożliwe. I mimo, że wymaga wiele wysiłku, a czasem nawet odcięcia się od systemu rodzinnego, to jednak warte jest zachodu.

Odzyskanie siebie i życie swoim życiem to najwyższy wymiar szczęścia, jaki może doświadczyć człowiek.

„Chcę” zamiast „Muszę”


Czas świąt i przygotowań do nich to jeden z najlepszych powodów, w których słowo „muszę” występuje chyba najczęściej w naszym słowniku. Przez bardzo wiele lat równie często gościło ono w moim domu: musiałam zrobić ciasto, musiałam zrobić sałatkę, musiałam zrobić to… i tamto…, musiałam posprzątać…

Muszę, muszę, muszę…

Tak często wypowiadamy to słowo, że nie przychodzi nam do głowy, że tak naprawdę mamy wybór i że zawsze go dokonujemy. Nawet jeśli używamy słownictwa, które prowizorycznie nam ten wybór zabiera, to wciąż będąc dorosłymi osobami, w pełni sprawnymi umysłowo, sami wybieramy, co robimy, a czego nie.

Używanie tego magicznego słówka w cudowny sposób zabiera nam, hipotetycznie, sprawczość nakładając odgórny, niewidzialny rygor na nasze działania. Nie pójdziemy z dzieckiem na spacer, kiedy nas o to prosi, bo jeszcze przecież tyle roboty, tyle sprzątania, tyle przygotowań, tyle gotowania, a wszystko tylko po to, aby nasze święta były idealne. W końcu robimy to dla naszych bliskich…

Czyżby?

Czy w tym wszystkim rzeczywiście chodzi o ilość przygotowanych posiłków, nieprzespanych nocy, naszych podkrążonych oczu, nerwów i zmęczenia?

Wyniosłam z domu przekonanie, że szczególnie dla kobiet, przygotowania do świąt są dalekie od relaksu, odpoczynku czy pomyślenia o własnych potrzebach. Przez bardzo wiele lat swojego dorosłego już życia piastowałam i powielałam obraz domowej tradycji, tłumacząc sobie, że to dla dzieci, żeby miały miłe wspomnienia i dla mnie także, bo im więcej przygotuję jedzenia, tym mniej będę stała w garach w święta. Złudne wrażenie…

Jako dorosła już osoba, to, co pamiętam z rodzinnych świąt, to ogromne, ogromne zmęczenie mojej mamy, widok jej osoby stojącej przy garach do pierwszej, drugiej w nocy, jej ból kręgosłupa, przemęczenie, nerwy, krzyki i pośpiech, by z wszystkim zdążyć na czas…, a potem? A potem w czasie świąt było niewiele lepiej. Dużo gości, dużo sprzątania. A to, co wspominam najlepiej i najmilej, to czas wieczorami, kiedy już nie było żadnych gości i kiedy była ta chwila, gdy mogliśmy posiedzieć w spokoju i pobyć ze sobą jako rodzina.

W tym roku i ja prawie dałam się pochłonąć temu wirowi przedświątecznych przygotowań. Prawie…, bo trwało to na szczęście jedynie przez 3-4 godziny sobotniego poranka, dopóki nie zadałam sobie pytania, czego ja chcę i co jest dla mnie ważne. Ten sobotni poranek przepełniony nerwami i stresem, gdzie młodsza córka uczepiona mojej nogi, usilnie próbowała mnie odciągnąć od zaplanowanych zadań, a ja usilnie starałam się ogarnąć, co tylko się da, by zdążyć ze wszystkim na czas. Napływająca złość i wściekłość, że za mało czasu i że wszystko jest przeciwko mnie. Aż w końcu nie wytrzymałam. Wyszłam na zewnątrz (dzieci zostały z moim partnerem), żeby odetchnąć.

Zadałam sobie pytanie: Po co to wszystko? Dla kogo? Dla mnie? Dla dzieci? Na czym mi zależy teraz najbardziej? Czego ja/ one/ my potrzebujemy w te święta? Czy ten pośpiech, gonitwa i nerwy są rzeczywiście tym, co chcę, aby moje córki zapamiętały? I wtedy przypomniałam sobie niezwykłą lekkość świąt Wielkanocnych sprzed roku, które bez planowania spędziliśmy na Majorce. Nie „musiałam” gotować, przygotowywać domu, sprzątać specjalnie na tę okazję. Spędziliśmy tam cztery dni, wyjechaliśmy zaraz po śniadaniu i to były najcudowniejsze święta, jakie do tamtego czasu przeżyłam. Cztery dni relaksu spędzone z najbliższymi, gdzie nic nie trzeba, gdzie nic nie musiałam, a wszystko jedynie chciałam.

Ktoś może powie, no tak, to było proste, aby się zrelaksować, bo w końcu byliście poza domem, na wakacjach. To prawda. Było łatwiej. Jednak w tym roku święta spędziliśmy w swoim domu i… udało nam się osiągnąć podobny stan 🙂 .

W sobotni poranek, moment, w którym zdałam sobie sprawę, że zaczynam popadać w ten stary schemat „muszę” i odpowiedziałam sobie na pytanie, czego chcę, zmienił całe nasze święta. To niesamowite, że kiedy zamienimy te powtarzane jak mantra słowo „muszę” na „chcę” (zresztą zgodnie z prawdą, bo nikt przecież nam nic nie każe), to nagle może się okazać, że poczujemy ogromną wewnętrzna niezgodę. Niezgodę na mówienie „chcę”. No bo jak można chcieć zarywać dwie czy trzy noce stojąc przy garach zamiast iść z rodziną na spacer, kiedy na zewnątrz jest cudowna, piękna pogoda, jak można chcieć dwa kolejne dni sprzątać po gościach, zamiast relaksować się w ulubiony sposób? A jeśli nawet, z jakichś powodów ktoś chce tego wszystkiego i odnajduję w tym wszystkim przyjemność, to zamiana słowa „muszę” na „chcę” i tak daje ogromne, wręcz niewyobrażalne korzyści. Dlaczego? Dlatego, że kiedy podejdzie do nas nasze kilkuletnie dziecko i poprosi nas: „Mamusi, czy pobawisz się ze mną teraz?” To zamiast odpowiedzieć mu: „Nie, Kochanie, teraz mamusia nie może, bo musi…”, odpowiemy: „Nie, Skabie, teraz chcę zrobić…” – Jakże inaczej to brzmi? Prawda? 

Co więc dla nas jest ważne w okresie świątecznym? Na czym zależy nam najbardziej? I co chcemy przekazać naszym dzieciom?

Dla mnie to możliwość spędzenia czasu z moimi najbliższymi, poświęcenie im uwagi, długie poranki w łóżku z mnóstwem przytulasów i gilgotanek, leniwe śniadania, relaks i przede wszystkim żadnego „muszę”.  

A jakie są Wasze wymarzone święta? Jak chcielibyście je spędzać? Nigdy nie jest za późno na zmiany 🙂

Post pisany z lekkim opóźnieniem, bo święta Wielkanocne dobiegają już końca, ale bardzo chciałam się z Wami podzielić tymi przemyśleniami. 

Cudownej, słoneczniej pogody i dużo relaksu!

Zamiast miłości…

„W końcu mogła sobie pozwolić na to, na co wcześniej brakowało jej kasy. Markowe ubrania i kosmetyki. Dotychczas z zazdrością w oczach patrzyła na swoją wystylizowaną jak gwiazda szwagierkę i myślała o tym, jaki świat jest niesprawiedliwy. Ale czasy się zmieniły. Wprawdzie kasa nie była jej, bo to mąż harował, ale po tym, co jej zrobił należy jej się odrobina luksusu. Ponad rok wcześniej przygruchał sobie panienkę. Do końca nie była pewna, jak ta ich znajomość się rozwinęła i na czym poprzestała. Gdy się o tym dowiedziała, co nie było trudne, bo mąż zupełnie tego nie krył, była zdruzgotana. Błagała go, by nie odchodził. Mieli dom. Firmę, plany na kolejny biznes i dwie córki, siedmioletnią Maję i dziewięcioletnią Asię. Mieli. Póki ta zdzira nie pojawiła się w ich okolicy. Podstępna szmata. Chciała jej go ukraść. Ale ona się nie dała. Wybłagała go, by jeszcze raz spróbowali. Klęczała na kolanach i skamlała, jak pies używając wszystkich argumentów, od szantażu poprzez wzbudzanie litości, aż po próbę targnięcia się na swoje życie. Kiedy to nie zadziałało przyjęła rolę perfekcyjnej żonki, takiej, o jakiej zawsze marzył, a jaką nigdy nie była. 

Znali się tyle lat i doskonale zdawała sobie sprawę, że nie była bez winy w tym małżeństwie. Do tej pory był dla niej chodzącym bankomatem, ale teraz na samą myśl, że mógł ją zostawić, odejść do innej… i to tamta miałaby wszystko… O nie! Co to, to nie! Do tego dopuścić nie mogła. Może i była naiwna sądząc, że może traktować go jak śmiecia przez tyle lat, wykorzystując go do spełniania własnych zachcianek, ale teraz, gdy została przyparta do muru, widząc, że może go naprawdę stracić, stanęła do walki i wyciągnęła całą artylerię. Była gotowa na wszystko. Nawet na zjednanie sobie jego durnej rodzinki.

No i osiągnęła swój cel. Wrócił do niej. Po kilku tygodniach oprzytomniał i wrócił. I w sumie powinna być szczęśliwa. Miała szansę zacząć wszystko od nowa. Oboje mieli szansę. Sęk w tym, że nie umiała zapomnieć o tym wszystkim. Wyobraźnia nie próżnowała niestety, a w głowie pojawiały się wciąż żywe obrazy jej męża i tej pipy w namiętnych uściskach. 

Gdzieś w głębi duszy liczyła, że kiedy on wróci, to wszystko będzie jak dawniej, że dalej będzie tym samym, tak dobrze jej znanym mężusiem, potulnym i układnym. A tu niestety… jej ukochany zmienił się nie do poznania. Nagle nabrał pewności siebie. Rozochocił się i zrobił się hardy.

Od tamtego czasu minęło kilka miesięcy. Z jednej strony byli razem, ale z drugiej… trudno było nazwać to związkiem, a już na pewno na próżno było między nimi szukać miłości. Oboje pracowali. Po powrocie z pracy i odebraniu córek ze szkoły każde rozchodziło się do swoich zajęć. Ona biegała na codzienne zajęcia Jogi i fitness. On albo na mecze piłki nożnej, albo z córkami na treningi, z jedną na basen, a z drugą na balet. U niego w weekendy dodatkowo wpadały do grafiku około 2-3 godzin przygotowań do obrony pracy dyplomowej. Ona? Zakupy, wizyty w salonach piękności, spotkania z koleżankami.

I tak mijał dzień po dniu.

A miłość?

Cóż… na razie nagradza się za wszystkie krzywdy, jakie jej wyrządził mąż z tamtą zdzirą. W końcu zasługuje teraz na wszystko, co najlepsze.”

A czym dla Ciebie jest miłość? Czy wspólnym spędzaniem czasu przed telewizorem, a może długimi, wieczornymi rozmowami przy kubku ciepłego kakao? 

A może miłość to ślub, rodzina, posiadanie dzieci, domu? Jak definiujesz miłość? 

I co, jeśli jej brak? Czym ją zastępujesz? Co sobie kupujesz w zamian, jakie „zabawki”?

Dobry Rodzic, Zły Rodzic

Idealizowanie jednego z rodziców

Bardzo często dzieje się tak, że latami idealizujemy jednego z rodziców obarczając drugiego winą za całe wyrządzone nam zło. Dopiero, kiedy zaczynamy do siebie wracać w procesach rozwoju osobistego, dociera do nas smutna rzeczywistość, że tak naprawdę oboje, i mama, i tata, ponosili odpowiedzialność za nasz los.

Zapraszam Was serdecznie do mojego nowego nagrania!

I nie zapomnijcie Subskrybować mój kanał 🙂

Ten wyjątkowy czas

„Rozmowa z matką była prosta i rzeczowa. Bez zbędnych ceregieli i tworzenia odpowiedniej atmosfery wokoło. Pewnego popołudnia przyszła do nich, kiedy razem z siostrą kończyły pielenie grządek i zakomunikowała, że chce z nimi porozmawiać. 

– Z nami? A co się stało?

– Nic. Po prostu chcę porozmawiać. Czy ja już z własnymi córkami nie mogę porozmawiać?

Obie wzruszyły ramionami czekając na dalszy ciąg.

– Macie już tyle lat, że powinniście wiedzieć o pewnych rzeczach dotyczących kobiet– ciągnęła dalej – Możliwe, że niedługo dostaniecie okres. Uczyłyście się pewnie o tym w szkole. Chcę, żebyście były przygotowane, gdyby się to stało. 

Siostry spojrzały po sobie znacząco, wymieniając uśmiechy i starając się zachować powagę. 

Starsza z nich miała ok. 14 lat, druga, młodsza o dwa lata. Obie od dawna wiedziały, czym jest okres i to nie z zajęć szkolnych, a od koleżanek. Wszystkie dziewczyny w szkole robiły sobie dowcipy i kawały, kiedy tylko zauważyły, że któraś po cichu próbuje przemycić ukryte pod swetrem czy bluzką podpaski lub tampony. Wyśmiewały się z siebie nawzajem, kiedy któraś próbowała ukradkiem zgłosić niedyspozycyjność na lekcjach W-Fu. 

Monolog matki trwał krótko. Poinformowała obie córki, gdzie będą mogły znaleźć potrzebne rzeczy, gdyby „to” nastąpiło i że w razie czego mogą do niej przyjść, gdyby potrzebowały pomocy, a ona im wszystko wytłumaczy. Na koniec wspomniała jeszcze coś o dodatkowym dbaniu o higienę w tym czasie i widząc brak odzewu ze strony dziewcząt odeszła.

Kilka dni później młodsza córka dostała okres. Z wystraszoną miną biegła do łazienki, a za nią matka z zawiniątkiem w dłoni. Cały dom postawiony na nogi. Młodszy brat próbował się czegoś dowiedzieć, ale na marne. Na wnikliwe pytania, skąd ślady krwi na podłodze, usłyszał tylko od ojca, że matka skaleczyła się w rękę. Dwa tygodnie później „nieprzyjemne” wydarzenie dotknęło starszą siostrę. I tak oto obie wkroczyły w dorosłość owianą tajemniczością i wstydem.”

Dla wielu kobiet i dziewcząt terminy, takie jak: okres, menstruacja czy miesiączka, czasem nazywane „ciotką”, wciąż wywołują rumieniec na policzkach i wprawiają je w zawstydzenie. Dni, których wiele kobiet stara się unikać i pozbyć ze swojego codziennego życia. Dni, w których czują się niekomfortowo same ze sobą i nagminnie poszukują sposobów na zniwelowanie objawów, jakie ten czas ze sobą niesie – bóle głowy, ogólne rozdrażnienie, melancholia, zaokrąglony brzuch. 

Nie chcą one przyjąć do siebie faktu, że jest to wyjątkowy czas, gdy ciało kobiety woła o szczególną troskę i opiekę. Wciskają więc w siebie tampony, zakładają obcisłe jeansy i ze złością na gówniany los, starają się wciągnąć nabrzmiały brzuch. Przeklinają w duchu swoją kobiecość, krzywdę i niesprawiedliwość, jaka ich spotyka co miesiąc. I tak przekonanie o tym, że menstruacja jest czymś złym, przekazywane jest z pokolenia na pokolenie. Dojrzewające dziewczynki dowiadują się o tym, co je czeka, częściej od swoich koleżanek niż od matek. A kiedy przychodzi ten moment, czują zażenowanie i trudno im się odnaleźć w nowej sytuacji. Wyśmiewane i zawstydzane przez swoje rówieśniczki rzadko znajdują zrozumienie w rodzinnym domu.

My kobiety, dałyśmy sobie wmówić, że ten czas to czas niedyspozycyjności. Zatracając się w pościgu cywilizacyjnym nie chcemy dotknąć tego, co nieodłącznie jest nasze. Nasze nieakceptowane ciała zaczęły przeciwstawiać się nam poprzez ból. Cierpimy coraz bardziej, a im bardziej cierpimy, tym silniej walczymy z naszą naturą. Nie chcąc zaakceptować tego, że jesteśmy inne od mężczyzn i to właśnie jest w nas piękne. 

Czego nam potrzeba w takim wyjątkowym momencie?

Zadbania o siebie i swoje potrzeby. Wyjątkowej delikatności i opieki. Dopieszczenia. Odpoczynku. Relaksu. Wsparcia. Pokazania tym samym naszym córkom, że to wyjątkowy czas, wyjątkowy i wcale nie trzeba się go wstydzić. My kobiety, zżyte i połączone z Matką Ziemią jesteśmy zgodne z fazami księżyca. Mamy swój czas urodzaju i swój czas obumierania. To naturalna kolej rzeczy. Niezwykle zmieni się nasze życie i postrzeganie swojej kobiecości, kiedy w tak wyjątkowych momentach będziemy potrafiły o siebie odpowiednio zadbać i się zatroszczyć, pozwalając jednocześnie temu, co wypływa, wypłynąć i oczyścić nasze ciała. 

Dużo ciepła i miłości, dla tych, które są w tych wyjątkowych dniach. Zadbajcie o siebie inaczej niż zwykle. A swoim córkom od małego pokazujcie, jak cudownie jest być kobietą, kiedy jest się blisko siebie.

Pozdrawiam Was ciepło.

Ciekawe artykuły:

O tym jak świętować pierwszą miesiączkę z córką i jak rozmawiać z nią o tym wyjątkowym czasie? https://dziecisawazne.pl/cialo-i-psychika-ucza-sie-zyc-cyklicznie-rozmowa-z-natalia-milunska/

Miesiączka to wyjątkowy czas. O akceptacji tego, co nas wyróżnia. http://witajslonce.pl/kocham-swoja-miesiaczke-jak-polubic-te-dni/

Na świecie wciąż są takie miejsca, jak chociażby Nepal, gdzie dziewczynki i kobiety podczas menstruacji są uważana za nieczyste. W chlewie, między bydłem lub w specjalnej lepiance, ciemnej, wilgotnej i ciasnej, muszą spędzać od 3 do 7 dni. W ten sam sposób traktowane są kobiety tuż po urodzeniu dziecka.  https://kobieta.wp.pl/na-piec-dni-w-miesiacu-skazywane-sa-na-izolacje-glod-i-zycie-w-brudzie-powod-miesiaczka-6154020467411073a

O tym jak nieakceptowalne jest pojęcie miesiączki także w świecie medycznym przeczytacie tutaj. W pewnym śniadaniowym programie jeden ze znanych polskich ginekologów stwierdził, że miesiączka to zło, a kobieta bez miesiączki to kobieta luksusowa. https://nto.pl/miesiaczka-to-zlo-uznal-znany-ginekolog-w-programie-sniadaniowym/ar/12208419)

Zmiany

9 kroków jak skutecznie wprowadzić zmiany w życiu

Zmiany w naszym życiu to coś, czego nie jesteśmy w stanie uniknąć. Prowadzą one nas do upragnionego celu lub pchają na siłę w kierunku, który być może nie do końca nam się podoba.

Jednak czy tego chcemy, czy nie, to wydarzają się one w naszym życiu i nierealne jest ich unikać. Możemy się jednak do nich przygotować i zaplanować w kilku krokach działania, które znacznie to ułatwią. Czy to będzie zmiana pracy, czy usamodzielnieni się finansowe, czy powrót po urlopie macierzyńskim, czy może zakup samochodu, mniejsza czy większa zmiana prowadzi nas do określonego celu. Ale tylko my możemy zadecydować i wpłynąć na to czy ślepo poprowadzi nas ku nieznanemu, czy też przejmiemy stery weźmiemy odpowiedzialność za swoje życie.

W poniższym nagraniu dzielę się z Wami moim własnym doświadczeniem o tym jak w łatwy i prosty sposób przygotować się do zmian w życiu. Być może na początku wyda się to Wam zbyt proste, aby było skuteczne, ale uwierzcie mi, że to naprawdę działa.

Spróbujcie sami!

Dzień z życia matki

„07:30. Cholerny czas pędził nieubłaganie. Zaraz powinna wychodzić z domu, a miała jeszcze tyle na głowie.

Drżącą ręką próbowała zrobić cienką kreskę na powiece. 

-Cholerny eye-liner. Nigdy nie wychodzi równo – zaklęła.

Z pokoju dobiegł ją donośny płacz dziecka. Po chwili do łazienki wbiegła jej trzyletnia córeczka. 

– Jezu! Co znowu? Czego tym razem ryczysz? – krzyknęła nie odrywając wzroku od lustra 

– No zaraz! – syknęła przez zaciśnięte zęby, widząc, jak mała wyciąga w jej stronę rączki – Zaraz cię wezmę! Poczekaj! Nie widzisz, że jestem zajęta…?! Poczekaj…! Zaraz cię wezmę…! 

Im bardziej ona się spieszyła, by dokończyć jak najszybciej to, co zaczęła, tym bardziej córka zawodziła. W końcu frustracja matki sięgnęła zenitu. Nie wytrzymała. Odłożyła kosmetyki i nerwowo podniosła dziecko do góry. 

– Czego do cholery chcesz? Musisz tak wyć?! Nie możesz chwili poczekać?! Co znowu?! Co znowu się stało?! 

Kolejny poranek i zszargane nerwy. Nic nie mogła zrobić w spokoju, wszystko w pośpiechu, z nerwami i tym ciągle ryczącym dzieckiem. W środku cała trzęsła się ze zdenerwowania. Zależało jej, by choć raz wyjść o normalnej porze z domu i nie spóźnić się do pracy. Ale nie, przecież codziennie musi być to samo. Kiedy tylko starała się, jak najszybciej zebrać do pracy, jej dziecko, jak za dotknięciem magicznej różdżki, dostawało jakiegoś ataku szału. A ona dostawała nerwicy, że znowu jest sama i że wszystko jest na jej głowie. 

Trzymając małą na rękach poszła do kuchni. Nasypała jej do miseczki płatki śniadaniowe. Wróciła do łazienki. Posadziła córkę na dywaniku, a obok postawiła miseczkę z płatkami, mając nadzieję, że to choć na chwilę zajmie dziecko. Sama zabrała się do robienia makijażu. Gdyby nie musiała się malować, byłoby dużo łatwiej i szybciej. Ale nie mogła przecież się tak pokazać ludziom. Jej wizerunek świadczył o niej. Co by sobie pomyśleli współpracownicy i klienci jej firmy… To jak wyglądała było dla niej priorytetem ponad wszystko.

Ledwie zdążyła skończyć malować prawe oko, kiedy znowu rozległ się płacz.

– Niech to szlag! – zawarczała pod nosem.

Odwróciła wzrok od lustra i spojrzała na dziecko. Na całej podłodze rozsypane były płatki, a po środku stojąca jej córka zawodząc w niebogłosy.

– Jezu! Zobacz, co zrobiłaś! Nie możesz choć chwile się sobą zająć! Czego znowu ryczysz? Siadaj tu i jedz! – Ze złością starała się usadzić ponownie malucha na podłodze. 

– No, co? Co mam ci dać? Zaraz skończę i cię wezmę. – im bardziej starała się usadzić małą na podłodze, tym bardziej ta wyginała się do matki.

– Zaraz! Słyszysz? Zaraz. No, zaraz! Nie słyszysz, co mówię?! 

Z każdym wykrzykiwanym przez nią zdaniem dziecko zawodziło jeszcze głośniej, aż w końcu zaczęło krztusić się od płaczu.

– Niech to szlag! Kolejny raz spóźnię się do pracy przez ciebie! – chwyciła dziecko pod pachy i podniosła do góry. 

– I co?! Lepiej?! Dasz mi kiedyś się w końcu spokojnie zebrać?! Czy będziesz tak ciągle wyć, co?? Dosyć mam już tego, rozumiesz? Dosyć! – ze zdenerwowania jej głos zaczął się załamywać. Poczuła, że za chwilę się rozpłacze i cały makijaż wezmą diabli!  Miała dość. Naprawdę dość. Tyle na głowie. Firma. Dom. I ona sama z tym wszystkim. Nie dawała już rady. Jeszcze to dziecko, które niczego jej nie ułatwia. A przecież ona to wszystko robi właśnie dla niej, dla córki. Haruje po 10 godzin, żeby niczego im nie brakowało. Chce, żeby jej dziecko miało wszystko. Nie tak jak ona, kiedy była mała i miała jedna zabawkę, jednego miśka, a ubrania nosiła zawsze po starszych kuzynkach lub obcych ludziach. Jej córka miała wszystko. Dostawała każdą najnowszą zabawkę, jaka pojawiała się w sklepie i zamiast to docenić i zrozumieć to jeszcze cyrki robiła. 

Z rozmyślania wyrwał ją dźwięk dzwonka do drzwi.

– Nareszcie. – pomyślała – Przyszła niania. 

Kochana babcia Ela (tak ją nazywała razem z córką, choć naprawdę na imię miała Janina). Co ona by bez tej kobiety zrobiła. Jedyna osoba, na którą zawsze mogła liczyć. Była z nimi odkąd mała skończyła 10 miesięcy.

Pospiesznie wstała i otworzyła drzwi. 

– Dobrze, że już pani jest, pani Elu. Mała znowu nie pozwoliła mi się zebrać. Wyje i marudzi od rana. Nie wiem, o co jej chodzi. – podała zapłakaną córkę kobiecie.

– No chodź do baby, Niula. – Babcia Ela wzięła zapłakane dziecko na ręce. – Przytul się do baby, Niulka. No już dobrze. – spokojnym, ciepłym głosem starała się ukoić roztrzęsione dziecko – Chodź, pobawimy się w pokoju…

Nareszcie! W końcu upragniony spokój. Jeszcze tylko fryzura i będzie gotowa. Odetchnęła z ulgą kierując się w stronę łazienki. 

Choć miała przed sobą intensywny i pracowity dzień to nie mogła się doczekać, kiedy zamknie za sobą drzwi i w końcu odpocznie od tego ciągłego płaczu i wycia.”

Ucieczka to jeden ze sposobów

Nic nie może się równać nerwówce, jaką mają w domu. Z ulgą oddychają zamykając za sobą drzwi i wychodząc do pracy. Tam mogą spokojnie wypić kawę, przeczytać wiadomości, wykonać zaległe telefony i wejść na Facebooka czy Instagrama. Dzisiejsze matki, nie mając odpowiedniego wsparcia ani narzędzi do tego jak radzić sobie z nawałem obowiązków, oczekiwań i emocjami dorastającego dziecka, odnajdują jedyne wyjście, jakim staje się ucieczka z własnego domu. Nikt ich nie przygotowywał do bycia matką. Nikt nie powiedział, jak reagować na często płaczące dziecko, skąd brać cierpliwość. Potrafią tylko to, czego nauczyły się we własnym domu rodzinnym.

Czy są złymi matkami? 

Nie. 

Są takimi, jakimi zostały nauczone być. Nauczone przez własną obserwację, kiedy same były dziećmi.

Są takimi, jakimi potrafią być na dany moment swojego życia. 

Trudy macierzyństwa

Większości kobiet nikt nie uczy, jak być dobrą matką, dobrą, cierpliwą, wyrozumiałą i łagodną. Z domu rodzinnego wyniosły one pewne zachowania i wzorce, które powielają w relacji z własnymi dziećmi. Nie ważne, jak bardzo by się starały, to świadomie nie są w stanie kontrolować swoich automatycznych zachowań.

Wiele z nich nauczyło się, jak krzyczeć na dziecko, kiedy ich nie słucha, jak reagować, kiedy są zajęte, a ono przychodzi co chwila starając się odwrócić ich uwagę, jak zrzucać odpowiedzialność za wszystko, co się wydarza na innych.

Nikt ich nie nauczył, jak ustalać w życiu priorytety, kiedy pojawia się w nim mała istotka. Często po omacku stawiają pierwsze kroki na nowej drodze macierzyństwa. Stres, nerwy, brak wsparcia tylko pogłębiają ich frustrację.

To, co kiedyś działało, teraz zawodzi. I dopóki nie pojawią się nowe wzorce, dopóty będą się w nich odpalać automatyczne programy, jakie zostały zakodowane, kiedy były dziećmi. Nie radząc sobie z nadmiarem obowiązków i oczekiwań, często poszukują ucieczki z domu. Praca jest tego doskonałym przykładem. Tłumaczą same przed sobą, że przecież muszą pracować, żeby mieć za co żyć. Ulga, jaka pojawia się tuż po zamknięciu drzwi jest jak zbawienie. Tak wygląda życie wielu matek w dzisiejszych czasach.

Doskonale pamiętam, jak wyglądały jakiekolwiek wyjścia w moim rodzinnym domu: pośpiech, stres, nerwy, krzyki, często łzy w oczach mojej matki, która nie wiedziała, za co się wziąć w pierwszej kolejności, rzucane w naszą stronę oskarżenia, że to wszystko przez nas, że przez nas nie może zdążyć nigdzie na czas.

Moja matka była tak bardzo przytłoczona nadmiarem obowiązków, że nawet nie wiedziała, jak się w tym wszystkim odnaleźć. I nic dziwnego. Czwórka małych dzieci i gospodarstwo na głowie. Nawet w dzisiejszych czasach podziwiam kobiety, które mają wieloletnie rodziny, bo wiem, ile to oznacza pracy.

Jakoś damy radę

Jednak mimo wszystko to nie wina dzieci, że my rodzice, nie jesteśmy odpowiednio przygotowani do nowej sytuacji, że jesteśmy niezorganizowani i liczymy, że „jakoś to będzie”, bo skoro radziliśmy sobie wcześniej, kiedy dzieci nie było, to poradzimy sobie i teraz, kiedy one są. 

Nie, Kochani!

Nie poradzimy sobie. Jeśli nie spojrzymy na sytuację z nowej perspektywy i nie wprowadzimy odpowiednich zmian, nasze życie będzie jednym wielkim kłębkiem nerwów.

Skąd to wiem? Z własnego doświadczenia.

Będziemy każdego dnia zderzały się z nieustającym stresem, frustracją i bezsilnością. Dopóki nie uświadomimy sobie, że nasze życie sprzed pojawienia się dzieci możemy oddzielić grubą, czerwoną kreską od życia jakie mamy obecnie, dopóty będziemy zrzucać winę na wszystko wokół, bezradnie oczekując pomocy, której nie zawsze otrzymamy. Każdego dnia narastać będzie w nas poczucie winy, że jesteśmy kiepskimi matkami, bo nie radzimy sobie z ogarnięciem sytuacji. Jeśli do tego dojdą „pochlebne” komentarze naszych najbliższych potwierdzające nasze obawy i lęki to załamanie gotowe. 

A gdzie szczęśliwe macierzyństwo?

I gdzie tu miejsce na szczęśliwe macierzyństwo? Na radowanie się tym cudownym czasem, o którym przeczytałyśmy tyle artykułów? Gdzie te piękne, pełne miłości chwile z naszą pociechą, które wielokrotnie wyobrażałyśmy sobie będąc w ciąży? Nie będzie na nie miejsca. Zastąpi je stres, nerwy, złość, lęk i tęsknota, za momentem, kiedy nasze dzieci usamodzielnią się na tyle, że nie będą już tak absorbujące.

I ok. Możesz tkwić w tym stanie. Czekać, aż dzieci dorosną albo… Albo zmienić coś już dziś. 

Pierwszy krok do zmiany.

Pamiętaj, Twoje życie już nigdy nie będzie takie, jak kiedyś. Wspominanie z rozrzewnieniem dawnych czasów tylko pogłębia stan w jakim jesteś. Nie przybliży Cię ani do znalezienia skutecznego rozwiązania, ani do poprawienia samopoczucia.

Zatrzymaj się więc na chwilę. 

Rozejrzyj wokół. 

Jesteś matką. 

Masz dzieci, dziecko. 

Od teraz potrzebujesz odpowiedniego wsparcia, planu na życie i dobrej organizacji.

Często upieranie się przy tym, aby nasze życie było takie, jak dawniej nastręcza więcej nerwów niż to warte. 

Jesteś w nowej sytuacji i potrzebujesz nowych rozwiązań. 

Określ, na czym Ci zależy i zaplanuj to

Chcesz wyjść rano o określonej godzinie z domu? Zaplanuj i zorganizuj, co się da dzień wcześniej. Spakuj potrzebne rzeczy, przygotuj ubrania tak, aby rano zostało do zrobienia tylko to, co niezbędne. 

Musisz przewidzieć w swoim grafiku i wkomponować czas na przerwy, czyli karmienie, przytulanie się czy kilkuminutowe pobawienia się ze swoim brzdącem. 

Gwarantuję Ci, że dobrze rozegrany czasowo poranek wkrótce stanie się łatwiejszy niż myślisz, a Ty będziesz wychodzić z domu bardziej spokojna. 

Wychodząc z dzieckiem zacznij zbierać się godzinę wcześniej przed zaplanowanym czasem. Unikniesz w ten sposób pośpiechu i jego marudzenia, które nie zniknie, ale nie będzie Cię tak frustrować, jak w momencie, kiedy się spieszysz. 

Odpuść pewne rzeczy

Jeśli nie musisz, nie maluj się. Rób tylko to, co naprawdę niezbędne (w końcu to tylko chwilowe, bo przecież dzieci dorastają). Zapewniam Cię, że przysporzy Ci to dużo mniej nerwów, jeśli będziesz mogła elastycznie reagować na zmieniającą się sytuację wokół Ciebie. Bycie matką to naprawdę wyzwanie w dzisiejszych czasach. I uwierz mi, nie musisz wyglądać perfekcyjna, ale warto byś była zadbana pod kątem emocjonalnym i własnych potrzeb. 

Popracuj nad poczuciem własnej wartości.

Jeśli czujesz się niekomfortowo bez makijażu, sprawdź, dlaczego. Może Twoje poczucie wartości jest za niskie? Odpowiedz sobie na pytania:

– Czy lubię siebie bez makijażu?

– Czy uważam, że dobrze wyglądam bez makijażu?

Jeśli nie, to zapytaj się siebie, dlaczego. Skąd się te przekonanie wzięło w Twojej głowie? 

Może jak byłaś dzieckiem, ktoś Ci coś powiedział, a może ktoś Cię do kogoś porównał? 

Jeśli tak, to są metody i narzędzia, które pomogą Ci skutecznie to zmienić. Jedną z nich jest EFT (tu przeczytasz o tym więcej)

Mniej nerwów, łatwiejsze wyjście

Zmiana zaczyna się od małych kroków. Uwierz mi, będąc matką tylko spokój może Cię uratować, a praktyka czyni mistrza. 

Warto więc zacząć od małych kroków. Spróbuj na początku powyższy plan wprowadzić podczas wychodzeniu na spacer.

Z czasem zobaczysz, jak zmieni się Twoje życie na lepsze.

A jeśli potrzebujesz wsparcia i pomocy zawsze możesz napisać do mnie. 

Pozdrawiam Was serdecznie!

nieDorosłe Dzieci

„Siedziała z kubkiem ciepłej herbaty i z zamyśleniem spoglądała przez okno, jak delikatne płatki śniegu opadają na ziemię w świetle latarni. 

 Piękny, nowy apartament na zamkniętym, strzeżonym osiedlu. Tak, to miejsce idealne dla niej i jej małej córeczki. Tu powinno być im dobrze. Tu zaczną wszystko od nowa.

Jej wzrok powędrował na piętrzące się na podłodze worki na śmieci, w których spakowane miała całe swoje życie. Dziewiąta przeprowadzka w ciągu ostatnich 3 lat, a druga w ciągu dwóch tygodni. Nawet jak na nią to było za dużo, zmęczona powoli zdawała sobie sprawę z tego, jak bardzo jest samotna. Teraz, kiedy tego tak bardzo potrzebowała, nie miała nawet z kim porozmawiać i komu się wypłakać. Każdy uważał ją za silną kobietę sukcesu, a ona właśnie straciła cały dorobek swego życia. Została z niczym. Za wypracowaną latami maską nieporuszenia, siły, sztucznego szczęścia i profesjonalizmu skrywała swoje niepokoje, obawy i lęki. Znowu musi zacząć wszystko od początku. Skąd weźmie na to siłę? Od czego ma zacząć? Czy poradzi sobie? Z dala od bliskich, z dala od rodziny, z dala od tego, co znane. Poczuła nieprzyjemne uczucie ucisku w gardle, a do oczu powoli napłynęły łzy. Próbowała ze wszystkich sił zdławić je w sobie. Nie chciała, by córka zobaczyła, jak płacze. Rzadko pozwalała sobie na płacz, a tym bardziej przy dziecku, w końcu płaczą tylko słabi. 

Patrzyła na biegającą po salonie córeczkę. Gdyby nie ta mała, kilkuletnia istotka… już dawno by się poddała. Natrętne myśli zaczęły bombardować jej głowę. Nienawidziła tego. Okropne uczucie. Czuła, że tonie, że nie ma już sił. Poświęciła 5 lat swojego życia i 5 lat życia dziecka tylko po to, by sięgnąć szczytu i spaść z niego na samo dno. Porządnie dostała po dupie od życia. Po raz kolejny. Nie miała siły, by dalej walczyć z całym światem. Tak naprawdę to chciałaby, żeby to się skończyło, tak naprawdę to chciałaby usnąć i już nigdy się nie obudzić. Kto jej pomoże? Kto wesprze i wyciągnie z tego dna?

 Chwyciła za telefon i wybrała numer do matki. 

Mamo, musisz przyjechać. Nie mam już siły… Boje się..

Trzy godziny później u progu stanęła matka. Choć niechętnie, bo w domu czekała robota, to postanowiła zostać na kilka dni, żeby znowu zrobić porządek w życiu swojej córki. 

Co ona by zrobiła, gdyby nie matka.”

Dorosłe dzieci niedojrzałych emocjonalnie rodziców. Mimo dorosłego ciała, wewnątrz wciąż siedzi malutkie, rozchwiane emocjonalnie dziecko. Wołające o ratunek, pomoc w trudnych sytuacjach, dzwoniące codziennie do mamy i taty z milionem oczekiwań wewnątrz, oczekiwań miłości, bliskości, empatii, zrozumienia, bezpieczeństwa, troski. Oczekiwań, które nigdy nie zostaną zaspokojone, a na które z naiwnością ciągle czeka.

Tak wygląda życie wielu dorosłych ludzi w dzisiejszym świecie. Dysponują oni narzędziami i możliwościami dorosłego człowieka, ale wewnętrznie mają po kilka lat. 

Poranieni, skrzywdzeni poszukują wciąż pomocy na zewnątrz. Pomocy, która nigdy nie nadejdzie. W ich życiu, gdy tylko zdarzy się niepowodzenie, upadek lub porażka, zamiast szukać odpowiedzi w sobie poszukują oni jej na zewnątrz. Innych oskarżają za swoje złe samopoczucie: to ona mnie zdenerwowała, to przez niego mam zły dzień, to przez nie jestem smutna, to jego wina, bo mnie zdradził, bo mnie porzucił, bo pije i moje życie przez jest do dupy, bo gdyby tylko przestał robić to, wszystko byłoby inne, lepsze, a ja byłabym szczęśliwsza.

Nie.

Nie byłoby. 

Nie byłoby ani lepsze, ani szczęśliwsze. To jedynie magiczne myślenie wyniesione z dzieciństwa. Myślenie i pobożne życzenia, że kiedyś rodzice się zmienią, a oni będą wtedy szczęśliwi. W dorosłym życiu odpowiadamy sami za siebie, każdego dnia dokonując wyborów.

Nikt nie jest w stanie nas uszczęśliwić, jeśli sami sobie tego szczęścia nie potrafimy dać.

Nikt nas nie pokocha bardziej niż my sami siebie.

Nikt nas nie będzie szanował, jeśli brak jest tego szacunku wobec nas samych.

Nikt nie będzie nam wierny, jeśli każdego dnia zdradzamy siebie, rezygnując z ważnych dla nas wartości, pozwalając by nasze granice były ciągle przekraczane.

Nikt nie uratuje nas i nie uwolni od problemów. Dawno temu przestaliśmy być dziećmi i sami ponosimy za siebie odpowiedzialność.

Nikt nie potraktuje nas poważnie, jeśli sami z siebie kpimy.

Nikt nam nie zaufa, jeśli sami nie ufamy swojemu wewnętrznemu głosowi.

Nikt o nas się nie zatroszczy, jeśli my nie zatroszczymy się odpowiednio o siebie.

Nic w naszym życiu się nie zmieni, jeśli nie zdecydujemy, że tego chcemy.

Pozostaje nam wtedy płakać samotnie do poduszki, kiedy nikt nie widzi, dzwonić do mamy i narzekać jak nam źle w życiu, jaki on jest beznadziejny, jaką ona jest jędzą. Narzekać, jęczeć, marudzić, rozpaczać, załamywać ręce, topić smutki w alkoholu i… oddać swoje życie w ręce innych, niech z nim coś zrobią, tylko coś dobrego, ale niech zrobią tak, byśmy nie musieli w tym uczestniczyć, i żebyśmy nie musieli czuć, niech to się zadzieje za naszymi plecami i zmieni nasze życie w magiczny sposób.

Ale tak się nie stanie, nikt za nas niczego nie zrobi, niczego nie naprawi i niczego nie zmieni. 

Magia pojawi się dopiero, kiedy zaczniemy do siebie wracać, kiedy kawałek po kawałku, krok za krokiem powoli zaczniemy odzyskiwać siebie, dawać sobie to, czego wewnętrznie potrzebujemy. 

Nie stanie się to w ciągu dwóch dni, ani w ciągu tygodnia, ani nawet miesiąca. Może nawet potrwa to więcej niż dwa lata, a może całe życie. Jednak każdy odzyskany kawałeczek siebie powracający na swoje miejsce napełni nas niezwykłym uczuciem spokoju, spójności, integralności, bezpieczeństwa, miłości i samoakceptacji. 

Wartości w naszym życiu

Dzisiaj mam dla Was pewne ćwiczenie.

Poniżej znajdziecie gotową do pobrania listę kilkudziesięciu wartości, jakimi kierujemy się w życiu. Oczywiście nie jest to kompletna lista, możecie ją uzupełnić o własne wartości, jeśli tylko macie ochotę.

Wydrukujcie tę listę w dwóch egzeplarzach. Jeden dla siebie, a drugi dla bliskiej osoby (np. dziewczynę/ chłopaka, partnerkę/ partnera, żonę/ męża, przyjaciółki, przyjaciela).

Znajdźcie chwilę w ciągu dnia i przyjrzyjcie się tym wartościom. Spośród wszystkich wybierzcie 10 najważniejszych dla Was, a z tych wybranych trzy, które są dla Was prioryetetem. Poproście o to samo bliską Wam osobę.

Następnie wymieńcie się listami. Zobaczcie, co zaznaczyła druga osoba i porozmawiajcie o tym. Jeśli Wasze wartości znacząco się różnią, być może wyjaśni to Wam wiele sytuacji, jakie przynosi codzienne życie.

Dla mnie było to niezwykle inspirujące zadanie i możliwość poznania i porozmawiania o tym, czym się kierujemy w życiu.

Czy zastanawialiście się, jak wyglądałyby relacje, gdyby ludzie już na początku rozmawiali o swoich wartościach, tym co jest dla nich ważne, tym czym się w życiu kierują? Czy byłoby wtedy łatwiej w związkach? Czy wpłynęłoby to na większą akceptację i poszanowanie drugiej osoby? Czy uniknęlibyśmy wielu nieporozumień? A może niektóre związki w ogóle by nie zaistniały?

Bardzo Was zachęcam do tego ćwiczenia!

Pozdrawiam Was cieplutko!

EFT, co to takiego?

EFT, czyli Techniki Emocjonalnej Wolności

Kiedy pierwszy raz zetknęłam się z tą metodą, wydała mi się ona dziwna. Dziwna i śmieszna. Nie do końca też wierzyłam w jej skuteczność. Być może, gdyby nie to, że poleciła mi ją znajoma, która była zachwycona efektami, nie zdecydowałabym się na wypróbowanie jej. Zresztą nigdy nie byłam zwolennikiem alternatywnych metod… do czasu, kiedy nie poczułam ich skuteczności na własnej skórze i w życiu.

Czym jest EFT, dlaczego warto poznać tę metodę i wprowadzić ją do codziennego życia? Do czego możesz ją zastosować i co dzięki niej zyskasz? tym chcę się z tobą podzielić w dzisiejszym poście.

Co to jest EFF i na czym polega?

Kiedy jesteśmy pod wpływem silnych emocji, trudno jest mówić o racjonalnym myśleniu czy działaniu. Zdarza się więc, że dokonujemy złych decyzji lub wypowiadamy słowa, których nie chcieliśmy wypowiedzieć, raniąc tym samym naszych najbliższych. Wiele razy w takich sytuacjach EFT przychodziło mi z pomocą. To łatwa w zastosowaniu i efektywna metoda radzenia sobie z silnymi emocjami. Dzięki niej już po kilku minutach od zastosowania poczujesz wewnętrzny spokój i jasność umysłu.

EFT można porównać do akupresury, z tą różnicą, że zamiast naciskania na określone punkty na ciele opukujemy je. Punkty te to tzw. zakończenia meridianowe, którymi płynie energia w ciele człowieka (siatka kanałów energetycznych, rozmieszczona na całym ciele człowieka, została odkryta wiele tysięcy lat temu w Starożytnych Chinach; to na jej podstawie bazuje znana wszystkim akupunktura czy akupresura). Zakłócenia przepływu energii w ciele, powstałe na skutek silnych emocji lub przeżyć, powodują różnego rodzaju schorzeniami natury psychicznej i fizycznej. Wykorzystując EFT, poprzez opukiwanie, przywracasz prawidłowy przepływ energii dokonując tym samym uzdrowienia.  

Historia EFT

EFT zostało wdrożone do codziennego życia przez amerykańskiego inżyniera, Gary’ego Craig’a, w latach 80tych. Poświęcił on wiele lat na dopracowanie tej metody (bazując na wcześniejszym doświadczeniu i wiedzy dr Rogera Callahana – autora techniki TFT). 

Gary Craig poprzez EFT pomógł wielu osobom wyjść z traumatycznych wspomnień, przeżywanych fobii czy lęków. Jednymi z jego pierwszych klientów byli weterani wojny wietnamskiej zmagający się z okropnymi jej następstwami: lękami, nocnymi koszmarami, bezsennością, fobiami, natrętnymi wspomnieniami wojennymi przeżywanymi każdego dnia na nowo. Wielu z nich, ze zdiagnozowanym PTSD (Zespół Stresu Pourazowego), było bezskutecznie poddawanych różnorodnym formom terapii przez lata. Zastosowanie metody EFT przez Craig’a całkowicie zlikwidowało traumatyczne skutki wojennych przeżyć umożliwiając normalne życie tym osobom. 

Dlaczego zaczęłam od EFT?

EFT było jedną z pierwszych metod, z jakimi się zetknęłam podczas swojej ścieżki rozwoju osobistego. Do zagłębienia się w szczegóły tej metody przekonało mnie przede wszystkim to, że:

– dawała ona szybkie efekty,

– była elastyczna i wszechstronna w zastosowaniu

– bardzo łatwa do opanowania

– nie było w niej nic skomplikowanego, żadnego głębokiego procesu

I najważniejsze! Nie wymagała wracania do przeszłości, przypominania sobie przykrych chwil i wydarzeń z życia


Do czego możesz zastosować EFT?

Kiedy nie możesz usnąć,

Kiedy emocje sięgają zenitu, a ty czujesz, że zaraz wybuchniesz,

Kiedy ktoś z bliskich wyprowadza cię z równowagi tak bardzo, że masz ochotę wyjść z domu nie wrócić,

Kiedy budzisz się rano i nie widzisz sensu życia,

Kiedy ze stresu przed egzaminem nie możesz jeść ani spać,

Kiedy „nie idzie” ci w pracy,

Kiedy masz gonitwę myśli,

Kiedy trudno jest ci się uspokoić i opanować,

Kiedy jest ci źle i smutno,

Gdy „nie idzie” ci w interesach,

Kiedy nie wiesz, co dalej,

Kiedy wątpisz w siebie,

Kiedy czujesz samotnie,

Kiedy nie potrafisz przestać jeść,

Kiedy znowu ktoś cię porzucił,

Gdy znowu ktoś cię zdradził,

Kiedy znowu się zawiodłeś,

Gdy znowu ktoś cię oszukał,

Kiedy znowu pozwoliłeś komuś na przekroczenie swoich granic,

Kiedy straciłeś kogoś bliskiego,

Kiedy kolejny raz się nie udało…

….. kiedy jest ci źle, smutno, przykro, gdy czujesz złość, wściekłość, gniew, żal, rozczarowanie i zawsze wtedy, gdy nie jest tak, jakbyś tego chciał, gdy czujesz dyskomfort w życiu i utrudnia ci to normalne funkcjonowanie. 

Dla mnie EFT to emocjonalna spowiedź. Oczyszczenie. Uwolnienie. To możliwość swobodnego życia bez rozedrganym i szalejących emocji. To spokój ducha i wewnętrzne opanowanie. To decyzje podejmowane nie pod wpływem chwili i emocji, a w spokoju, chłodzie umysłu i zgodzie z wewnętrznym głosem. To pewność, że to co mówisz, robisz jest zgodne z Tobą. To przede wszystkim brak zgody na to, by emocje kierowały twoim życiem. 

Jak stosować EFT? 

Poznana przeze mnie i stosowana na co dzień technika EFT polega na opukiwaniu dziewięciu punktów zlokalizowanych na ciele (możesz spotkać się z opukiwaniem większej bądź mniejszej ilości punktów, jak każda metoda, tak i EFT ma wielu naśladowców). Ja bazuję na własnym wieloletnim doświadczeniu i wiedzy wyniesionej z kursów i webinariów.

Ważne! Każdy median ma dwa zakończenia. W większości przypadków wystarczające jest opukiwanie jednego zakończenia, żeby zbalansować istniejące w nim zakłócenie. Zakończenia te znajdują się blisko powierzchni ciała i w ten sposób są łatwiej dostępne, niż inne punkty wzdłuż ciała, które są umieszczone głębiej. 

Cała procedura EFT składa się z czterech etapów:

  1. Określenie problemu i jego skali (od 1 do 10)
  2. Ustawienie
  3. Sekwencja
  4. Punkt Gamma

Punkt Karate 

Punkt Karate (skrót KC od ang. Karate Chop) znajduje się̨ na środku umięśnionej, zewnętrznej części dłoni, pomiędzy końcem nadgarstka i podstawą małego palca, jest to ta cześć dłoni, której użyłbyś do wymierzenia ciosu karate. 

Punkt Karate energicznie opukuj zakończeniami środkowego i wskazującego palca drugiej ręki ( nie ma znaczenia którą dłoń opukujesz). 

Osiem pozostałych punktów tworzą Sekwencję

Zacznę od opisania poszczególnych punktów:

Punkt EB– na początku brwi, dokładnie powyżej jednej ze stron nosa. Skrót od ang. Eye Brow. 

Punkt SE– na kości znajdującej się̨ po zewnętrznej stronie oka. Skrót od ang. Side of the Eye. 

Punkt UE– na kości znajdującej się poniżej oka, około 2.5 cm poniżej źrenicy). Skrót od ang. Under the Eye. 

Punkt UN– na małym obszarze znajdującym się pomiędzy podstawą nosa i górną wargą. Skrót od ang. Under the Nose. 

Punkt Ch– w połowie drogi między brodą i zakończeniem dolnej wargi. Nawet jeśli nie jest to punkt znajdujący się̨ dokładnie na brodzie, nazywamy go tak ponieważ jego opis jest w ten sposób bardziej zrozumiały. Skrót od ang. Chin. 

Punkt CB– miejsce, gdzie łączy się̨ kość obojczyka i żebro. Żeby znaleźć je, umieść swój palec wskazujący w zagłębieniu przypominającym literę̨ U na początku obojczyka (w pobliżu miejsca, gdzie mężczyźni wiążą̨ krawat). Z podstawy U, skieruj swój palec 2.5 cm w kierunku pępka, a następnie 2.5 cm w lewo (lub prawo). Skrót od ang. CollarBone – dla łatwiejszego nazewnictwa. 

Punkt UA– zlokalizowany na boku ciała, w punkcie mieszczącym się̨ na poziomie równym z brodawką sutkową (u mężczyzn) lub środkiem paska stanika (u kobiet). Około 10 cm poniżej pachy. Skrót dla tego punktu to UA (ang. under the Arm). 

Punkt na czubku głowy – zlokalizowany dokładnie na górze głowy, opukuj go palcami wskazującym, środkowym i serdecznym 

I na koniec…

Punkt Gama– znajduje się on na zewnętrznej stronie obydwu dłoni ok. 1 cm nad wgłębieniem między kostkami podstawy palca serdecznego i małego. Jeśli wyobrazisz sobie linie między kostkami prowadzącą od małego do serdecznego palca i uznasz ją za podstawę̨ trójkąta równobocznego, którego oba boki zbiegają̨ się̨ u wierzchołka w kierunku nadgarstka, wtedy Punkt Gamy będzie właśnie tym wierzchołkiem trójkąta. 

Kiedy masz zlokalizowane już wszystkie punkty możesz przejść do tzw. rundki (w ten sposób nazywam całą procedurę opukiwania wszystkich punktów w EFT wraz z afirmacjami)

Najpierw określ dokładnie problem, z jakim chcesz pracować (np. złość w określonej sytuacji). Następnie w skali od 1 do 10, gdzie 1 oznacza minimum, a 10 maksimum, określ poziom emocji, jaki ci towarzyszy (np. 10 – jestem bardzo zła lub 3 – jestem trochę zła). Określenie poziomu emocji będzie ci pomocne przy sprawdzeniu postępu; prawidłowo zastosowane EFT powinno spowodować, że siła emocji zejdzie do 0.

Następnie przejdź do Ustawienia. Ustawienie to trzykrotne powtarzanie afirmacji przy jednoczesnym opukiwaniu Punktu Karate:

Afirmacja:

„Mimo, że czuję ….(tu podajemy konkretną emocję, np. złość) to całkowicie kocham, akceptuję i wybaczam to sobie. 

„Mimo, że czuję …

„Mimo, że czuję …

A teraz czas na Sekwencję. Opukuj, najlepiej dwoma palcami (wskazującym i środkowym), każdy z ośmiu dostępnych na naszym ciele punktów przy jednoczesnym powtarzaniu:

„Czuję …. (opisujesz emocję i po krótce sytuację, jakiej ona dotyczy, np. „Czuję tę złość na …, bo ….).”

„Czuję …. (opisujesz emocję i po krótce sytuację, jakiej ona dotyczy, np. „Czuję tę złość na …, bo ….).”

„Czuję …. (opisujesz emocję i po krótce sytuację, jakiej ona dotyczy, np. „Czuję tę złość na …, bo ….).”

…itd. Powtarzasz to opukując kolejne punkty do momentu, aż odczuwana emocja zejdzie do poziomu 0. Możesz w trakcie opukiwania zrobić przerwę i sprawdzić, gdzie znajduje się ona na skali.

Wskazówki, jak opukiwać:

  • możesz opukiwać obydwoma rękami, ale jest zwykle bardziej wygodnie robić to dominującą ręką (np. prawą ręką, jeśli jesteś praworęczny), 
  • opukuj opuszkami wskazującego i środkowego palca. Razem pokrywają̨ trochę̨ większy obszar niż jeden palec,
  • opukuj rzetelnie, ale nigdy tak silnie, żeby się posiniaczyć czy zranić, 
  •  opukuj każdy z ośmiu punktów kilka razy.

Większość punktów znajduje się po obydwóch stronach ciała. Nie jest istotne, którą stronę zechcesz użyć lub czy zmienisz stronę podczas wykonywania Sekwencji. Możesz na przykład opukiwać punkt pod prawym okiem, a potem punkt pod lewym ramieniem. 

Może się zdarzyć, że pod pierwotną emocją będzie się kryła druga. Np. jeśli czułeś złość, po opukaniu złość zniknęła, ale zacząłeś czuć przygnębienie. Co wtedy? W takie sytuacji należy przeprowadzić całą procedurę od nowa. 

Opisana powyżej procedura to podstawowa Procedura w EFT. Wkrótce pojawi się filmik z instrukcją, jak skutecznie robić EFT. Tymczasem jeśli masz jakiekolwiek pytania związane z EFT zapraszam cię do kontaktu.

***********

Podoba ci się ten wpis? Uważasz go za wartościowy? Podziel się nim ze znajomymi. 

Córka, najlepszą przyjaciółką

„Córka. Ukochana córeczka. Wkrótce stała się dla niej wszystkim. W głowie już miała wizje przyszłości, jak wspólnie chodzą na zakupy, spędzają razem czas, rozmawiają o najbardziej intymnych sekretach. Ona- matka i jej ukochane dziecko. Jej dziewczynka. Brała ją ze sobą wszędzie. Na spotkania ze znajomymi, na wycieczki, do miasta na zakupy, na swoje wizyty do lekarza. Za każdym razem tłumaczyła sobie, że nie ma jej z kim zostawić, że ona taka mała jeszcze, a pozostali domownicy nie zajmą się nią odpowiednio. Czuła z córka wyjątkowa więź, jakby urodziła i wychowywała sobie przyjaciółkę, taką jedną, jedyną na całe życie. Jest tylko jej. Nikogo innego. Nikomu jej nie odda. Zawsze będą razem. Zawsze będą sobie bliskie i nikt ich nie rozdzieli. Ona na to nie pozwoli.

Jednak dziecko, jak to dziecko… z wiekiem zaczęła tęsknić za rówieśnikami. To oni stawali się bardziej atrakcyjni, to z nimi chciała spędzać większość wolnego czasu. Im więcej miała lat, tym bardziej szukała sposobu na wyrwanie się z matczynych macek obezwładniającej miłości. Serce matki krwawiło każdego dnia, gdy jej ukochana córeczka wybierała rozwydrzone towarzystwo małolatów zamiast swojej matki. 

Czemu tak się dzieje? 

Czemu ona mi to robi?

Co zrobiłam nie tak? 

Czuła się porzucona, niedoceniona, zaniedbana, rozgoryczona i wściekła. 

Żal. Smutek. Samotność. Łapała się wszystkiego, czego tylko mogła, by uwiązać córkę przy sobie. Ale im bardziej to robiła, tym bardziej ta druga wyrywała się z jej sideł, szamocząc czasem jak dzika zwierzyna. W końcu któregoś lata córka znalazła sposób. Uciekła matce na zawsze i już nigdy nie wróciła pod skrzydła duszącej miłości.

Matka płakała. Jej serce rozrywało się na kawałki. Krwawiło. Bolało. Prosiła Boga, by pomógł. Ale bóg nie wysłuchał jej prośby. Córka z każdym dniem oddalała się bardziej i bardziej. Straciła jedyną przyjaciółkę życia, jaka miała.”

Po pierwszych zdaniach tej historii można,by pomyśleć, jak to wspaniale mieć tak kochającą matkę. Pewnie każda dziewczynka o tym marzy…  Ogromna miłość matki do córki, wspólnie spędzany czas, wyjątkowa bliskość. Później, czytając dalej, zaczyna pojawiać się współczucie do matki i niechęć do niewdzięcznej dziewczyny. Jak ona mogła tak postąpić wobec matki, która dawała jej tyle miłości, ciepła i dobroci. 

Rodzice, decydując się na dziecko, powinni obdarzyć je bezwarunkową miłością, bez jakichkolwiek oczekiwań. Tak powinno być. Nie zawsze jednak tak jest. Bardzo często rodzice popadają z jednej skrajności w druga.

A dziecko? 

Dziecko ma prawospędzać czas z rówieśnikami. 

Dziecko ma prawodo dzieciństwa.

Dziecko ma prawodo bezwarunkowej miłości.

Dziecko ma prawodo autonomii.

Dziecko ma prawodo indywidualności.

Dziecko ma prawodo poczucia bezpieczeństwa.

Dziecko ma prawobyć dzieckiem.

A kiedy dorośniema prawo zacząć żyć własnym życiem, w zgodzie z własnymi zasadami i wartościami. 

Rodzice nie mają prawa oczekiwać od dziecka, że te będzie z nimi do końca życia w zamian za okazaną miłość i dobroć.

Kiedy do takich sytuacji dochodzi?Gdy rodzice, którzy będąc kiedyś dziećmi, nie otrzymali od swoich rodziców wystarczająco, gdy ich potrzeby nie zostały zaspokojone w pełni i wyruszyli z emocjonalnym głodem w świat. 

Matka rodząc dziecko,automatycznie przenosi swoje niespełnione oczekiwania na nie, a dziecko staje się dla niej substytutem jej własnych rodziców. Trudno wtedy o balans i zdrową miłość. Trudno o zrozumienie, że dziecko to samodzielna, indywidualna i autonomiczna jednostka, a rodzice są po to, aby wspierać, pomagać, być obok, nie przeszkadzać i nie blokować naturalnego, indywidualnego rozwoju, a w odpowiednim momencie pozwolić dziecku na opuszczenie rodzinnego gniazda. 

Do prawidłowego rozwoju dzieckapotrzebny jest stabilny i dojrzały emocjonalnie rodzic, który swoje własne potrzeby będzie w stanie samodzielnie zaspokoić. 

Czy w takim razie może istnieć przyjaźń między córką a matką? Według mnie może, pod warunkiem, że w dużej mierze będzie ona przechylona na stronę córki i zaspokajania jej potrzeb. Stworzona niezwykła więź emocjonalna, zaufanie i otwartość między córką a matką to coś pięknego. Ale to matka tworzy tę więź i dba o zdrową relację, biorąc pod uwagę możliwość rozluźnienia nici przyjaźni w odpowiednim momencie życia dziecka.

A jeśli odnalazłaś kawałek siebie w moim opowiadaniu?

Zadaj sobie pytanie, jakie niezaspokojone potrzeby za tym wszystkim stoją? Czego tak naprawdę tobie, jako matce, kobiecie brakuje? Dlaczego chcesz to uzyskać od swojego dziecka? Być może jest to wzór przeniesiony z twojego domu rodzinnego? Może twoja mama przerzuciła na ciebie podobne oczekiwania? A może tak postrzegasz miłość rodzicielską?

Znajdując odpowiedzi na te pytania łatwiej będzie ci dotrzeć do sedna i uzdrowić twoją relację z dzieckiem, a tym samym w przyszłości z mniejszym bólem pozwolić córce na wyfrunięcie z gniazda i pogodzenia się z naturalną koleją rzeczy. 

Każdego dnia patrzę na to, jak moje córki stają się coraz bardziej samodzielne i niezależne. Dając im wolność od oczekiwań otwieram tym samym dla nich szeroko okno na świat i życie jakie sobie wybiorą.

Pozdrawiam was ciepło!

Co jest dla Ciebie ważne?

„Problem w tym, że myślisz, że masz czas.” 

To jeden z cytatów Buddy. Każdy z nas budząc się rano otrzymuje od życia kolejne 24 godziny. Niewielu z nas podchodzi do tego, jak do bezcennego daru, który niewykorzystany nie przechodzi na kolejny miesiąc jak minuty w Orange. Każda minuta, każda godzina, każdy dzień jest wyjątkowy i niepowtarzalny. Niewykorzystany przepada raz na zawsze. Nigdy po raz drugi nie przydarzy nam się w życiu.

Trudno jest jednak zmienić tok myślenia i postępowania, do którego przyzwyczailiśmy się od lat. Rano spieszymy się do pracy, do szkoły, do przedszkola, spieszymy się ze śniadaniem, a potem stojąc w korkach, spieszymy się na spotkanie z klientem i z pracy do domu, spieszymy się odebrać dzieci, a potem do sklepu po zakupy i szybko zrobić coś na obiad. Spieszymy się z kolacją i żeby położyć dzieci spać. 

Pośpiech jest tak bardzo wpisany w nasze życie, że często nawet nie zastanawiamy się nad tym, że można żyć inaczej. 

I dopiero, kiedy dzieje się w naszym życiu coś złego, gdy ktoś z naszych bliskich poważnie zachoruje lub odejdzie… dopiero wtedy przystajemy na moment myśląc o tym, co mogliśmy zrobić, a czego nie zrobiliśmy, żałując, że tak niewiele czasu spędziliśmy z tą osobą, że byliśmy za mało uważni, że zamiast cieszyć się drobnostkami i każdą spędzaną wspólnie chwilą, to gnaliśmy, coraz mocniej, szybciej, dalej…

To smutne, bardzo smutne, że tylko tragiczne wydarzenia zbliżają ludzi do siebie i zmuszają do zastanowienia się nad tym, co naprawdę ważne w naszym życiu, że nie jest to nowy samochód, ani nowe mieszkanie, nie są to nowe dywany czy zasłony, ani nowy zestaw kosmetyków, tylko drugi człowiek, jego spojrzenie, uśmiech, ciepły dotyk dłoni i serdeczny uścisk. Tylko to jest ważne w życiu. To za tym też tęsknimy najbardziej odwiedzając nasze domy rodzinne. I nieważne, ile mamy lat, w naszych sercach wciąż nosimy te same oczekiwania: otrzymania odrobiny miłości, uważności, ciepła czy pomocy ze strony naszych najbliższych.

Kontakt z Wewnętrznym Dzieckiem to jedna z najbardziej intymnych metod terapii alternatywnej, jaką poznałam. Intensywna w doznaniach i odczuciach, a jednocześnie bardzo skuteczna. To dzięki spotkaniu się z tym, co w nas wciąż żywe mamy szansę dać sobie to, czego zabrakło nam w przeszłości, to wszystko za czym tęskniliśmy i wciąż tęsknimy. 

List? Medytacja? Wiersz? Jest wiele możliwości nawiązania kontaktu z wewnętrznym dzieckiem. Wybór należy do was. Zacznijcie już dziś, a przekonacie się, jak niezwykłe zmiany zamanifestują się w waszym życiu.

Przeglądając swój dziennik odnalazłam jeden z listów mojego Wewnętrznego Dziecka. Został on napisany prawie dwa lata temu. Dzielę się nim z wami poniżej:

„W życiu umierałam wiele razy.

Choć mówią, że człowiek umrzeć może tylko raz…

Wygląda na to, że jestem kimś więcej niż człowiekiem…

Albo mniej…

Bo koty mają podobno aż dziewięć żyć.

JedenNajpierw umarło moje małe serduszko, kiedy zrozumiałam, że ja i mama nie jesteśmy już jednością. Długo płakałam leżąc głodna w szpitalnym łóżeczku, a Ty, Mamo, nie przychodziłaś…

DwaKiedy mój ukochany Tato, mój męski ideał, pierwszy raz podniósł na mnie rękę i zrozumiałam, czym naprawdę jest miłość.

TrzyKiedy urodził się mój brat. A wcześniej siostra. I zostałam sama. Nikt mnie już nie chciał.

Za brzydka.

Zbyt mdła.

Zbyt niewyraźna.

Za duża.

Zbyt niegrzeczna.

Nie potrzebowałam już piersi. Ani mleka.

Ktoś inny potrzebował Ciebie, Mamo i Tato, bardziej.

Cztery…

Piec…

Sześć…

Siedem…

Każdy kolejny raz przybliżał mnie do kolejnej śmierci. Umierałam powoli. Każdego dnia. Każdego wieczoru.

Serce zastygało w mojej piersi na odgłos zbliżających się kroków. A potem już tylko dusza powoli uchodziła. Złamany mój duch już nigdy się nie podniósł. Moje oczy zostały na zawsze smutne.

Siedemdziesiąt dwaWtedy ostatni raz, podniosłeś na mnie rękę, Tato, zrywając mój łańcuszek z krzyżykiem.

Siedemdziesiąt trzyPierwsze, rzeczywiste doświadczenie miłości, jaką poznałam w dzieciństwie. Być porzucona. Dla innej. Lepszej. Ładniejszej.

Siedemdziesiąt cztery„Mamo. Mamo… Proszę przyjedź. Dlaczego mnie nie chcesz? Dlaczego wszystko inne jest ważniejsze ode mnie?” Płakałam dniami i nocami trzymając maleńką nowo narodzona córeczkę w swoich ramionach.

OsiemdziesiątNie przyjechała… Ani wtedy. Ani później.

Osiemdziesiąt jedenSama. Całe życie. Czy tak już będzie zawsze?

Osiemdziesiąt dwa„No coś Ty! Chyba zwariowałaś! Jak Ty to sobie wyobrażasz? Nie mogę przyjechać. Wiesz, ile mam na głowie? Sezon jest. Remont. Innym muszę pomóc…”

Sto

Dwieście

Trzysta

– „Zostawił mnie. Zostawił, Mamo. Nie daje rady już.”

– „Jak to, zostawił? Ale ja teraz nie mogę przyjechać. Może w weekend…”

Trzysta jedenWszystko we krwi. Słabo mi. Chyba powinnam jechać do szpitala.

– „Poroniła Pani.”

– „Czy chce Pani zrobić pogrzeb? Proszę przeczytać to oświadczenie i podpisać.”

Trzysta dwa

– „Mamo…?”

„Teraz nie możemy. Mamy za dużo pracy”

CzterystaMamo, Tato? A czy na mój pogrzeb przyjedziecie? Czy wtedy będzie odpowiedni czas? Czy znajdziesz chwile?

Czterysta jedenJuż niczego nie oczekuje. Już o nic nie proszę.

Żegnaj Mamo.

Żegnaj Tato.”

*****

Zatrzymajcie się na chwilę. Podejdźcie do bliskiej wam osoby, żony, męża, dziecka, matki, ojca, spójrzcie jej, jemu, głęboko w oczy i przytulcie mocno. Niech poczują, ile dla Was znaczą.

Wspaniałego dnia, Kochani, wam życzę! 

Ofiarownie

img_2626.jpeg” – Kto ostatni w kolejce do ofiarowania?

– Ja, mam numerek 852, a pani?

– Mam 853. Długo się czeka?

– Nie, szybko idzie. A pani w imię czego składa ofiarę?

– W imię miłości, a pani?
– Ja dla dzieci, wszystko bym za nie oddała…

– A co pani składa w ofierze?

– Swoje życie osobiste. Wszystko dla dzieci. Ze wszystkiego rezygnuję. Z nikim się nie spotykam, wszystkiego w domu muszę dopilnować. Nic sobie nie kupuję, nigdzie nie chodzę. Rzuciłam dobrą pracę, żeby być bliżej domu, teraz sprzątam w przedszkolu, żeby osobiście dzieci doglądać. Nic dla siebie nie chcę.

– Rozumiem panią. A ja składam swoje uczucia w ofierze. Wie pani, z mężem mi się dawno nie układa… ma inną. Mąż nie chce odejść pierwszy, mówi, że się przyzwyczaił do mnie. Ja też nie potrafię odejść – żal mi go… I tak sobie trwamy… O! Pani numerek się świeci! Boję się, co będzie jak nie przyjmą mojej ofiary?

853 zwija się w kłębek i czeka na swoją kolej. 852 długo nie wychodzi, w końcu drzwi do gabinetu się otwierają i 852 stoi oszołomiona.

– No i co? Co pani powiedzieli? Przyjęli ofiarę?

– Nie… Powiedzieli, że okres próbny. Kazali jeszcze się zastanowić.

– Jak to??? Dlaczego???

– Pani kochana, oni mnie spytali czy przemyślałam wszystko, bo to przecież nieodwracalne. Powiedziałam im, że dzieci jak dorosną to docenią, co matka dla nich poświęciła. A oni mi film pokazali. O mnie, o mojej przyszłości. Jak córka za mąż wyszła i się wyprowadziła do innego miasta, a syn dzwoni tylko raz w miesiącu. Ja go w tym filmie pytam dlaczego, a on mówi, żebym się do jego życia nie wtrącała i zajęła sobą. A jak mam się sobą zająć, kiedy się nigdy sobą nie zajmowałam, nie umiem!

– No to teraz ja idę… 853 się świeci…

– Dzień dobry pani. Proszę usiąść. Co pani nam przyniosła?

– Uczucia…

– Rozumiem… Proszę pokazać.

– Niech pan patrzy, niewiele tego, ale świeżutkie, nienoszone, pół roku mają dopiero…

– Co pani chce w zamian?

– Ocalić rodzinę.

– Czyją? Pani? A co tam jest do ocalenia?

 

– Mąż ma kochankę, dawno.

– A pani?

– Ja od pół roku mam kogoś…

– Te uczucia, co pani przyniosła, to do tego nowego?

– Tak. Żeby tylko ocalić rodzinę.

– Jaką rodzinę? Przecież sama pani mówi, że mąż ma inną kobietę, a pani innego mężczyznę, gdzie tu rodzina?

– Ale rozwodu nie było! Wciąż jesteśmy małżeństwem!

– I to pani odpowiada?

– Nie!

– Ale wymienić na nowy związek pani nie chce?

– Nie… to nie są jakieś wielkie uczucia…

– No to skoro pani ich nie szkoda, to poproszę, może pani złożyć ofiarę.

– Ale słyszałam, że film jakiś pokazujecie, o przyszłości… Dlaczego ja nie mogę obejrzeć? – Różne tu filmy pokazujemy. Jednym o przyszłości, a innym o przeszłości… A pani pokażemy o teraźniejszości. Włączam proszę patrzeć.

– To ja??? Masakra, jak ja wyglądam??? To kłamstwo!!! Przecież dbam o siebie!

– Cóż, pani stan ducha przekłada się na wygląd.

– Ale jak to??? Przygarbiona jakaś jestem, usta zacięte, oczy mętne, włosy oklapnięte…

– Tak wyglądają ludzie, kiedy ich dusza płacze…

– A co to za chłopiec? Taki słodki… O, tuli się do mnie!

– Nie poznaje pani? To pani mąż, w pani projekcji.

– Mąż??? Bzdura!!! Mąż jest dorosłym człowiekiem!

– A w głębi duszy jest małym chłopcem. I tuli się do mamusi…

– Ale tak mi wpojono w dzieciństwie, że kobieta musi być silniejsza, mądrzejsza, bardziej stanowcza. Że musi wspierać męża.

– No i tak pani ma: silna, mądra, stanowcza mamusia kieruje swoim chłopcem-mężem. I przytuli i nakrzyczy, ukarze i wybaczy, pożałuje i nakarmi.

– Ale przecież nie jestem mamusią tylko żoną! A on ma kochankę! Lata do niej, a potem wraca, a ja go i tak kocham!

– Oczywiście, ma się rozumieć, chłopiec się bawi w piaskownicy i wraca do domu, do ukochanej mamusi. Popłacze trochę w fartuch, pokaja się… Dobra, koniec oglądania. Będziemy finalizować. Składa pani miłość w ofierze czy nie?

– A przyszłość? Nie pokazaliście mi przyszłości!

– Bo jej pani nie ma. Przy takiej teraźniejszości pani chłopiec ucieknie, jak nie do innej kobiety, to w chorobę. Albo w ogóle – donikąd. Znajdzie sobie sposób wyrwania się spod mamusinej spódnicy. Przecież sam ma ochotę dorosnąć…

– To co mam robić? Dla kogo będę się ofiarowywać?

– To już pani powinna lepiej od nas wiedzieć. Podoba się pani rola mamusi widocznie. Bardziej, niż żony. Mamusie też bywają kochane. No to jak? Będzie pani składać ofiarę? W imię ocalenia tego, co jest i żeby pani mąż pozostał synkiem?

– Nie, nie wiem, nie jestem gotowa… muszę pomyśleć…

– Dajemy czas na myślenie.

– A co ja mam zrobić, żeby mąż… no… tego… wydoroślał?

– Przestać być mamusią. Odwrócić się twarzą do siebie i nauczyć się być Kobietą. Atrakcyjną, tajemniczą, zajmującą, pożądaną. Taką, której ma się ochotę podarować kwiaty i śpiewać serenady pod oknem, a nie płakać na ciepłej miękkiej piersi.

– Pomoże?

– Z reguły pomaga. Ale tylko pod warunkiem, że się pani zdecyduje być Kobietą. Jakby co – proszę przyjść. Uczucia ma pani piękne, z przyjemnością je weźmiemy. Wie pani ile osób marzy o takich uczuciach? Jak się pani zdecyduje je ofiarować – zapraszamy!

– Pomyślę…

853 wychodzi w zamyśleniu z gabinetu, tuląc do piersi swoje uczucia. 854 umierając z niepokoju podnosi się z krzesła i zmierza w kierunku otwartych drzwi.

– Gotów jestem ofiarować swoje potrzeby, żeby tylko mamusia była zadowolona…,- szepcze 854.

Drzwi się zamykają. W poczekalni siedzą ludzie tuląc swoje marzenia, talenty, cele, plany, karierę, możliwości – wszystko to, co postanowili złożyć w ofierze…

„Ofiarowanie” (na podstawie opowiadania Iriny Sieminoj) – tłumaczenie z rosyjskiego Inga Zawadzka ze strony : https://www.facebook.com/magazynmyslinieulotnych/