Potem będziesz miała dużo do nadrobienia

W sobotę był taki dzień, kiedy miałam ochotę zrobić to, czego nigdy wcześniej nie zrobiłam, czyli położyć się do łóżka. 

Nie było tragicznie, ale bolała mnie głowa i nie czułam się dobrze. Nigdy wcześniej nie pozwoliłam sobie w początkowej fazie złego samopoczucia położyć się do łóżka. 

Kiedy to piszę, przypominają mi się słowa padające z ust mojej mamy: „…Potem będziesz miała dużo do nadrobienia. Potem będą zaległości w nauce.” 

I to „nadrobienie” i „zaległości” stały się moim batem, nie pozwalałam sobie inaczej. Zaległości i do nadrobienia rzeczy nie przerażały mnie, ale to w jaki sposób mama o nich mówiła sprawiało, że stawały się ważniejsze niż moje zdrowie. Powodowały, że z czasem i wiekiem uznałam, że nauka, praca, obowiązki, to wszystko jest ważne, ważniejsze niż ja, niż moje zdrowie i samopoczucie. 

I gnałam całe życie, a dziś trudno mi to przełamać. Trudno mi to zrobić inaczej. 

Dziś czuję się tak, jak wtedy, gdy chodziłam do szkoły chora. To chyba to spojrzenie, ta mina mamy, która z błogosławieństwem w oczach i wzrokiem pełnym uznania dla mnie, dzielnego dziecka, wysyłała mnie do szkoły. Zakatarzoną, chorą, kaszlącą, aby tylko nie było zaległości, aby tylko nie trzeba było nadrabiać. 

Doprowadziło to do tego, że gdy mogłam już sama decydować o tym jak będzie, czy pójdę, czy nie, ze względu na stan zdrowia, to i tak szłam. 

Uwity bat mentalny był nad wyraz skuteczny. Sama sobie, przez kolejne 30 lat, nie dawałam pozwolenia, aby położyć się do łóżka, gdy byłam w pierwszej fazie choroby i wiadomo było, że się rozchoruję bardziej, że nie skończy się na bólu głowy, gardła czy na kaszlu. A i tak ciągnęłam to…. 

Trochę, jak gdyby poganiać w polu ledwie zipiącego z wycieńczenia lub choroby konia, mimo że jest ogromne ryzyko, że kolejny jego krok skończy się tym, że koń padnie, Ty i tak go poganiasz. W końcu koń pada, a Ty zamiast wyciągnąć z tego lekcję i coś zmienić kolejnym razem, nie zmieniasz nic. Robisz dokładnie wszystko tak samo, jak gdyby w dziwnej nadziei, że robiąc tak samo kiedyś otrzymasz inny efekt, jak gdyby w poczuciu, że lepsze 0,5 m2 więcej zaoranego pola, niż żywy koń w stajni. 

Tak samo robiłam ze sobą, ze swoim ciałem, by nie było zaległości, by nie musieć nadrabiać, a nade wszystko, by dostać to, co zupełnie umykało mojej świadomości – spojrzenie pełne wdzięczności, litości, współczucia, uznania. Najpierw od mamy, potem od nauczycieli, potem pracodawców, potem od pracowników i na końcu od moich dzieci.

A całość dopinał moment totalnego niedysponowania i legnięcia w łóżku z przymusu, z gorączką, gilem do pasa, anginą, grypą lub czymkolwiek innym, na dwa, trzy kolejne dni, do momentu, w którym byłam w stanie doczłapać się do kuchni o własnych siłach. 

To był znak, dla mnie i całego świata zewnętrznego, że znowu mogę się dojeżdżać.

Tak było. Przez większość mojego życia. 

Tego sobotniego poranka mimo wielu procesów z Wewnętrznym Dzieckiem, energią, umysłem i podświadomością oraz przekonaniami wciąż czułam, że MUSZĘ, że POWINNAM, że są ważniejsze rzeczy, że w sumie to nie jest źle ani tragicznie więc może dam radę jakoś dotrwać do wieczora… 

I w tym momencie zatrzymałam się. 

Dosłownie. 

Zawisłam nad kartką w dzienniku z długopisem w dłoni. 

Czy to znaczy, że to wszystko było na marne? Że nic nie zadziałało? 

Czy to znaczy, że coś zrobiłam nie tak podczas procesów?

Nie…

To znaczy, że teraz przyszedł czas na zmianę działania, na zrobienie czegoś zupełnie inaczej niż kiedykolwiek wcześniej, czyli na pozwolenie sobie na wolny dzień mimo wszystko, na postawienie siebie na pierwszym miejscu nie wtedy, kiedy nie mam wyjścia, ale wtedy, gdy mam wybór.

Z miłością,

Sylwia