Bez tytułu

Zrzut ekranu 2019-02-5 o 09.45.24

 

„W życiu umierałam wiele razy.

Choć mówią, że człowiek umrzeć może tylko raz…

Wygląda na to, że jestem kimś więcej niż człowiekiem…

Albo mniej…

Bo koty mają podobno aż dziewięć żyć.

Jeden

Najpierw umarło moje małe serduszko, kiedy zrozumiałam, że ja i mama nie jesteśmy już jednością. Długo płakałam leżąc głodna w szpitalnym łóżeczku, a Ty, mamo, nie przychodziłaś…

Dwa

Kiedy mój ukochany tato, mój męski ideał, pierwszy raz podniósł na mnie rękę i zrozumiałam, czym naprawdę jest miłość.

Trzy

Kiedy urodził się mój brat.

A wcześniej siostra.

I zostałam sama.

Nikt mnie już nie chciał.

Za brzydka.

Za mdła.

Niewyraźna.

Za duża.

Zbyt niegrzeczna.

Nie potrzebowałam już piersi. Ani mleka.

Ktoś inny potrzebował Ciebie, mamo i tato, bardziej.

Cztery…

Piec…

Sześć…

Siedem…

Siedemdziesiąt jeden

Każdy kolejny raz przybliżał mnie do kolejnej śmierci.

Umierałam powoli. Każdego dnia. Każdego wieczoru.

Serce zastygało w mojej piersi na odgłos zbliżających się kroków. A potem już tylko dusza powoli uchodziła. Złamany mój duch już nigdy się nie podniósł. Moje oczy zostały na zawsze smutne.

Siedemdziesiąt dwa

Wtedy ostatni raz, podniosłeś na mnie rękę zrywając mój łańcuszek z krzyżykiem.

Siedemdziesiąt trzy

Pierwsze, rzeczywiste doświadczenie miłości, jaką poznałam w dzieciństwie.

Być porzucona.

Dla innej. Lepszej.

Siedemdziesiąt cztery

„Mamo. Mamo… Proszę przyjedź. Dlaczego mnie nie chcesz? Dlaczego wszystko inne jest ważniejsze ode mnie?” Płakałam dniami i nocami trzymając maleńką nowo narodzona córeczkę w swoich ramionach.

Osiemdziesiąt

Nie przyjechała…

Ani wtedy. Ani później.

Osiemdziesiąt jeden

Sama.

Całe życie.

Osiemdziesiąt dwa

„No coś Ty! Chyba zwariowałaś! Jak Ty to sobie wyobrażasz? Nie mogę przyjechać. Wiesz, ile mam na głowie? Sezon jest. Remont. Inne wnuki.”

Sto

Dwieście

Dwieście jeden

„Zostawił mnie. Zostawił, Mamo. Nie daje rady już.”

„Jak to, zostawił? Nie mogę teraz przyjechać. Może w weekend dam radę.”

Dwieście dwa

Wszystko we krwi.

Słabo mi.

Chyba powinnam jechać do szpitala.

„Poroniła Pani.”

„Czy chce Pani zrobić pogrzeb? Proszę przeczytać to oświadczenie i podpisać.”

Dwieście trzy

Mamo…?

„Teraz nie możemy. Mamy dużo pracy”

Dwieście cztery

A czy na mój pogrzeb przyjedziesz?

Czy wtedy będzie odpowiedni czas?

Czy znajdziesz chwile?

Trzysta

Sama.

Zostałam sama.

Już niczego nie oczekuje.

Już o nic nie proszę.

Żegnaj mamo.

Żegnaj tato.

Jestem wolna.

Moja dusza jest wolna.”

 

Oto jeden z listów mojego wewnętrznego dziecka. Przepełniony żalem, smutkiem, rozpaczą i ogromnymi oczekiwaniami w stosunku do matki i ojca. Napisany jakiś czas temu, gdy po raz kolejny usłyszałam odmowną odpowiedź po tym jak poprosiłam o odwiedziny i pomoc. Pamiętam, że poczułam wtedy ogromny ból w sercu, ból małej opuszczonej dziewczynki, która bardzo tęskni za swoją mamą i za wyimaginowaną relacją z nią, która nigdy się nie ziści. Zetknięcie się z tym bólem, przepracowanie żalu i tęsknoty pozwoliło mi na wyzwolenie się z tej matni niespełnionych oczekiwań.

Czasami jest tak, że dopiero uzmysłowienie sobie prawdy daje nam ulgę i wytchnienie. Gdy stanęłam twarzą do rzeczywistego i prawdziwego wizerunku moich rodziców odzyskałam wolność.

Ponad miesiąc temu były święta Bożego Narodzenia. Wielu z was jechało odwiedzić domy rodzinne z ukrytymi nadziejami i pewnym nastawieniem. Wielu wróciło rozczarowanych i zawiedzionych. I prawdopodobnie za jakiś czas znowu podejmiecie próbę, znowu pojedziecie odwiedzić najbliższych z tą samą nadzieją i być może znowu wrócicie rozczarowani. Niestety tak będzie za każdym razem dopóki nie spotkacie się z tym bólem i stojącymi za nim niezaspokojonymi potrzebami. Dopiero wtedy, gdy uświadomicie sobie i dacie zgodę na wyrażenie tego bólu nastąpi zmiana, która pozwoli wam spojrzeć na bliskich z innej perspektywy, wyzwalając was jednocześnie od nierealnych oczekiwań.

Pozdrawiam was ciepło!

 

Zła matka

 

„- Jestem złą matką. Może nigdy nie powinnam nią nawet zostać. – pomyślała.

Zrzut ekranu 2019-02-1 o 14.08.08

Daleko jej było do siostry. Zawsze ją do niej porównywano i chyba tak już zostanie. W jej przeświadczeniu nigdy nie była w stanie jej dorównać. Jej siostra, mimo że dwa lata młodsza, wydawała się być dużo dojrzalsza, mądrzejsza i roztropniejsza. Poświęciła się dla dzieci. Zostawiła pracę, odłożyła swoje ambicje zawodowe i została w domu. Wszystko dla dobra dzieci. Nigdy nie oddała ich pod opiekę żadnej niańce, nie wysłała do przedszkola, póki nie były na to gotowe. Przykładna żona i matka. Zawsze w domu. Zawsze dostępna, zawsze gotowa, by odpowiedzieć na potrzeby swoich dzieci. Na stole codziennie obiad, rano śniadanie, wieczorem kolacja.

– A ja? – pomyślała głośno – Gówniane życie. Nawet do tego się nie nadaję, by wychować własne dziecko. – Westchnęła głośno. Brakowało jej już sił. Teraz powinna wstać, iść do pokoju córki i z nią porozmawiać. Jakoś utulić jej łkanie. Miały za sobą kolejny wieczór ciężkich rozmów, tak zwanych powrotów do przeszłości, kiedy to jej siedmioletnia córka wyciągała i wyrzucała wszystkie swoje żale, wszystkie jej niedociągnięcia, jako matki. Poczucie winy, cholerne poczucie winy przygniatało ją swoim ciężarem. Czy kiedykolwiek zniknie?

Wstała z krzesła, podeszła do drzwi pokoju córki i zapukała.

– Kochanie, mogę wejść?

Cisza.

Odczekała chwilę i powoli otworzyła drzwi.

Jej córka leżała na łóżku z głową wciśniętą w poduszkę.

– Kochanie…? Chcesz porozmawiać?

Znowu cisza.

Podeszła bliżej, odsunęła kołdrę i usiadła na krawędzi łóżka.

– Skarbie… Wiem, że było ci wtedy ciężko. I naprawdę jest mi przykro, że musiałaś przejść przez to wszystko.

– Przykro?! Teraz jest ci przykro?! Twoje „przykro” niczego nie zmieni! Zostawiałaś mnie z jakimiś durnymi opiekunkami, a sama wychodziłaś sobie na te swoje spotkanka!… Zamiast zająć się swoim dzieckiem!… Trzeba było nie decydować się na dziecko, skoro nie miałaś czasu dla niego!….  Nie musiałabyś wtedy wydawać pieniędzy na opiekunki i miałabyś święty spokój!

Jezu, czemu to takie trudne? Czemu nikt nie nauczył jej jak powinna przeprowadzać takie rozmowy? Czemu nie dostała żadnej instrukcji, co krok po kroku zrobić, powiedzieć, jak zareagować, jak się zachować, by było dobrze? Jeszcze jakiś czas temu, ba zaledwie kilka miesięcy wcześniej, zareagowałaby złością. Wrzasnęłaby coś w stylu, że ona się poświęcała, że była samotną matką, że nie miała na kogo liczyć i że córka powinna być jej wdzięczna za to co miała, że niczego jej nie brakowało itd., itp., bo kiedy ona była w jej wieku to… Tak. Kiedy ona była w jej wieku to tego typu rozmowa nie miała możliwości zaistnieć. Nigdy nie odważyłaby się tak bezpośrednio wyrzucić swojej matce co jej leżało na sercu. Nawet teraz, będąc już dorosła, nie ma odwagi, by to zrobić.

Wyciągnęła jednorazową chusteczkę z kieszeni i delikatnie zaczęła ocierać łzy z buzi dziecka.

– Wiem, Skarbie, naprawdę wiem i rozumiem, co czułaś. Gdybym tylko mogła cofnąć czas… -łzy zaczęły jej napływać do oczu – Ale nie mogę…

– No właśnie! Nie możesz! Tak samo jak nie możesz rozkrojonego pomidora połączyć w całość. – Czasami zaskakiwały ją riposty jej dziecka. Skąd ona je bierze?

– Tak. To prawda. Jedyne co mogę zrobić to powiedzieć, że jest mi naprawdę przykro. – odpowiedziała.

– Zostawiałaś mnie z tymi durnymi opiekunkami. – ciągnęła dziewczynka- A ja cię prosiłam…, żebyś mnie nie zostawiała… Ale ty nigdy mnie nie posłuchałaś! I pamiętam, jak raz zostawiłaś mnie z taką jedną… Chciałam usnąć jak najszybciej, ale nie mogłam… I Poprosiłam ją, żeby do ciebie zadzwoniła, ale ona powiedziała, że nie ma telefonu. Ale ja wiedziałam, że go ma. I zaczęłam udawać, że śpię, a ona wtedy wyszła na korytarz i zadzwoniła do ciebie… I ja to zobaczyłam. I wstałam z łóżka i poprosiłam ją, czy mogę z tobą porozmawiać. – łkała coraz głośniej – Tak bardzo chciałam ci powiedzieć, żebyś wróciła… Ale ona nie pozwoliła mi. Mówiła, że będziesz zła i że nie możemy cię denerwować. I powiedziała, że jak nie pójdę zaraz spać, to ona mnie zostawi i sobie pójdzie. I wtedy tak się przestraszyłam, że naprawdę mnie zostawi, że nawet powiedziałam jej, że ją kocham.

– Jak to? Powiedziałaś jej, że ją kochasz? Przecież prawie jej nie znałaś…

– Wiem, ale bałam się, że naprawdę mnie zostawi. I bałam się wtedy usnąć, bo myślałam, że jak usnę to ona sobie pójdzie.

– Boże… Kochanie… nie wiedziałam… – nie była już w stanie dłużej powstrzymywać łez. Przytuliła córeczkę do piersi. – Tak mi przykro… tak bardzo mi przykro… – Dlaczego mi nigdy wcześniej o tym nie opowiedziałaś?

– Bo nigdy nie chciałaś mnie słuchać…”

 

 

Poczucie winy. Lęk. Strach. Jej łzy. I moje. Potem złość na samą siebie, że tak ją skrzywdziłam. W głowie powracający wciąż widok mojej kilkuletniej córeczki klęczącej na kolanach i trzymającej się moich nóg, kiedy błagała mnie, żebym nie wychodziła z domu, żebym jej nie zostawiała, obiecując, że zrobi wszystko, co tylko będę chciała, jeśli zostanę. Im bardziej ona prosiła, tym bardziej ja szłam w zaparte, że muszę wyjść. I musiałam wyjść. Po prostu musiałam. A ona zostawała. Za zamkniętymi drzwiami nie widziałam, co się działo – czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal, mawiała moja babcia. Poczucie winy i niepewność, co do słuszności decyzji szybko przykrywałam tłumaczeniem, że przecież to tylko 2-3 godziny, że i tak powinna zaraz pójść spać, a rano, jak się obudzi, ja już będę i pewnie nie będzie pamiętała nawet, że wyszłam. W końcu zostaje pod dobrą opieką. Całymi dniami harowałam, żeby spełnić każdą jej zachciankę, czasem 6-7 dni w tygodniu, od rana do wieczora, więc mi też się coś od życia należało.

Tak. Należało się. Miałam prawo do tego, aby czasem wybrać siebie, ale nie kosztem swojej córki. Tylko skąd miałam wiedzieć, kiedy wybrać siebie i kiedy jest to ok, a kiedy nie? Gdy wewnątrz nas siedzi nieutulone, skrzywdzone wewnętrzne dziecko trudno jest pogodzić nasze niezaspokojone potrzeby z potrzebami dziecka. Często wtedy popadamy w skrajność stawiając zawsze albo siebie, albo dziecko jako priorytet. A przecież nie o to chodzi. Jak we wszystkim, tak i tu, potrzebny jest balans.

Być może, gdyby nie to, że postanowiłam rozpocząć własną terapię, wrócić do swojego dzieciństwa i uleczyć je, nigdy nie wiedziałabym, jak odnaleźć ten balans, jak rozpoznać, gdzie jest przestrzeń dla mojego dziecka i gdzie ja w tym wszystkim jestem. Wracając do siebie małej i dając sobie to, czego zabrakło mi w moim dzieciństwie, coraz rzadziej czułam wewnętrzne rozdarcie między tym, czego ja chcę, a o co prosi moje dziecko.

Ciężki dni wciąż się zdarzają, choć już coraz rzadziej. Siadam wtedy z moją córeczką i czasem obie płaczemy, czasem tylko ona. Czasem ona krzyczy i wyzywa mnie od najgorszych matek na świecie. Czasem zamyka się sama w pokoju i płacze. Ale dziś wiem już, co robić, jak się zachować i jak rozmawiać.

Dziś dziękuję sobie, za drogę jaką przeszłam i za to, że się nie poddałam.

 

Pozdrawiam Was ciepło!

 

Jeśli potrzebujesz mojego wsparcia, nie wiesz jak poradzić sobie z jakimś problemem lub zwyczajnie masz pytania zapraszam Cię do kontaktu!

*****************************************

 

Podobał Ci się wpis? Udostępnij go proszę dalej.

 

Bilet do domu

notatkizzycia

„Wbiegła do dużego pokoju i przez chwilę przysłuchiwała się rozmowie ojca i babki. Stali oboje przy stole i ojciec coś po cichu szeptał babce do ucha, a ta oparta o krzesło potakiwała mu, co chwila.

-Yhmm, yhmm, no tak. No tak.

– Tato, tato, taaatoo! – zawołała dziewczynka nie czekając aż skończą rozmowę.

– No zaraz. Poczekaj. Rozmawiam teraz z babcią.

Poczekała. Całe kilka sekund.

– Tato, tato…

Ojciec spojrzał pytająco na swoją niespełna czteroletnią córkę.

– Kiedy mama wróci?

– Kiedy? – ojciec powtórzył pytanie.

– Mama musi zostać jeszcze w szpitalu – wyprzedziła ojca z odpowiedzią babka.

– A kiedy wróci? – dziewczynka ponowiła pytanie.

– Na razie nie wróci.

– A dlaczego?

– Mama nie ma pieniędzy na bilet, żeby wrócić – rzuciła oschle babka.

Jak to, mama nie wróci? – z trudem docierały do maleńkiej główki te ostre słowa. Minęło już tyle dni, odkąd mama zniknęła. Dla niej – „zniknęła”, bo tamtego dnia widziała mamę po raz ostatni rano, podczas śniadania. Potem, nic nie podejrzewając, poszła bawić się z siostrą na dwór, a kiedy wróciła mamy już nie było. Usłyszała tylko, że mama musiała jechać do szpitala, że wróci niedługo i że może przywiezie dzidziusia. Tęskniła za nią tak bardzo. Najtrudniejsze były wieczory. Popłakiwała wtedy cichutko wtulona w poduszkę tak, żeby nikt nie słyszał. Bo kiedy tylko babka słyszała jej płacz, przychodziła do niej i kazała się natychmiast uspokoić mówiąc, że mama musiała jechać i że ona jest już dużą dziewczynką i powinna to zrozumieć. Powinna. I starała się. Starała jak mogła najmocniej. Ale czasem nie dawała już rady. Szczególnie wtedy, kiedy przed snem chciała się przytulić do mamy. Czuła wtedy takie ściskanie w serduszku, a łzy same napływały do oczu i nie umiała już ich powstrzymać. „Mamo, mamo, mamo… Ja chcę do mamy, do mamy…” cichutko popłakiwała szepcząc sama do siebie. Mama zniknęła tak nagle, że nawet nie miała okazji przytulić się do niej, przytulić się i pożegnać. Każdego wieczoru wypłakiwana tęsknota zostawiała mokry ślad na poduszce, a ona zasypiała wciąż z tą samą nadzieją, że kiedy się obudzi, mama już będzie.

– A co, jeśli mama w ogóle nie wróci? Co, jeśli nie znajdzie pieniędzy na bilet? – pomyślała. 

Przecież wiele razy słyszała rozmowy rodziców, że nie mają pieniędzy, że nie stać ich na to czy na tamto, że znowu przyszedł duży rachunek i że ciekawe skąd wezmą pieniądze, by go opłacić. Problemy z pieniędzmi były zawsze, odkąd pamięta. Zresztą rodzice co chwila sprzeczali się o to.

Nagle przyszła jej do głowy pewna myśl. Nie tracąc dłużej czasu pobiegła do drugiego pokoju i otworzyła szafę. 

-Ile pieniędzy może być potrzebne mamie, żeby wróciła? – zastanawiała się.

Wspięła się na dolną półkę szafy, by dosięgnąć swojego wiszącego zimowego palta. W małej kieszonce ukryte miała pieniądze, które dostała od chrzestnej na urodziny. 500 zł. Wizerunek człowieka z lekko kręconymi włosami i cyfry na banknocie nic dla niej nie znaczyły, ale mama mówiła, że to dużo pieniędzy.  Czy wystarczająco dużo, by starczyło na bilet powrotny?

Chwyciwszy pieniądze pobiegła z powrotem do dużego pokoju i otworzyła jedną z szuflad w segmencie. Wyciągnęła kopertę, a potem długopis. Włożyła pieniądze do środka i zakleiła. Na kopercie napisała, sobie tylko zrozumiałym pismem, „Mama”. 

Podeszła do babki.

– Babciu, babciu, wyślesz ten list do mamy?

– Do mamy? – zdziwiła się babka – List? A co napisałaś?

– Chcę wysłać mamie pieniądze, żeby szybciej wróciła.

Oboje z ojcem osłupieli. Zaskoczona babka pokiwała tylko głową i schowała kopertę do kieszeni fartucha, a mała pobiegła dumna na podwórko, czując że znalazła rozwiązanie problemu. 

Od tego momentu minęło jeszcze kilka dni, dni innych niż poprzednie. Pierwszy raz czuła, że ma na coś wpływ, że dzięki niej wróci do domu mama. Któregoś ranka, zupełnie przypadkowo, wyglądając przez okno zobaczyła z daleka, idącą drogą, postać. Od razu ją rozpoznała.

-Mama! Mama! Mama! – wykrzyknęła – A więc wystarczyło! Wystarczyło pieniędzy na bilet – pomyślała i pędem rzuciła się w stronę drzwi wyjściowych.”

 

Nigdy się nie dowiedziałam, czy list został wysłany i co tak naprawdę stało się z pieniędzmi włożonymi koperty. Ta sytuacja zniknęła z moich wspomnień na długo. Dotarłam do niej dopiero kilka lat temu, kiedy po raz kolejny wydarzyło się coś, na co dłużej nie chciałam się już zgadzać. Być może nigdy świadomie nie byłabym w stanie połączyć tych dwóch faktów ze sobą – sytuacji z dzieciństwa i sytuacji z dorosłego życia. Okazało się jednak, że miało to ze sobą nierozerwalny związek i wywarło znaczący wpływ na moje życie, na relacje z ludźmi oraz związki.

W jaki sposób?

Po pierwsze: Paniczny lęk.

Mój lęk z dzieciństwa, że mama zniknie znowu bez słowa trwał latami. Dodatkowo potęgowały go teksty wypowiadane w nerwach przez moją matkę: „Jak będziecie tak niegrzeczni to w końcu pójdę sobie i was zostawię.”. Konsekwencja? Usilne starania się, by nie zdenerwować mamy, a potem innych bliskich. Duszenie w sobie złości, żalu, rozczarowania, wściekłości i obwinianie, że nie potrafię zapanować nad negatywnymi emocjami. Im bardziej starałam się te emocje w sobie zdusić, tym bardziej one wybrzmiewały w najbardziej banalnych sytuacjach mojego życia. W końcu doprowadziło to do tego, że już nie wiedziałam, co jest moje, a co czyjeś i gdzie są moje granice.

Po drugie: Kto jak nie ja?

Odpowiedzialność i wiara, że tylko ja mogę uratować moją mamę od wszelkich kłopotów i problemów. Konsekwencja: Całe życie czułam się zobowiązana do kupowanie różnych rzeczy do domu, nawet jeśli nie było mnie na nie stać i mimo, że nikt mnie wprost o to nie prosił.

Rodzic nie ma prawa nagminnie obarczać dziecka swoimi problemami, nie ważne czy jest to tylko wymówka do nie kupienia zabawki czy też faktycznie trudny stan finansowy. Dziecko nie ma absolutnie żadnego wpływu na stan majątku swoich rodziców. Mówienie do dziecka rzeczy w stylu:

  • Czy ty nie widzisz, ile mamy wydatków?
  • Wiesz, jaki rachunek za prąd przyszedł?
  • A skąd niby mam Ci wziąć na to pieniądze?
  • Kto zapłaci za rachunki? Może Ty?
  • Myślisz, że pieniądze rosną na drzewie?
  • Mi też nikt pieniędzy za darmo nie daje!
  • itp.,

wpaja przekonanie, że:

  • w życiu nie ma nic za darmo,
  • pieniądze można zdobyć tylko i wyłącznie! ciężką pracą,
  • za rachunki i opłaty oraz inne problemy rodziców dziecko jest odpowiedzialne na równi z nimi,

Nawet mając 4 lata!

Absurd, prawda?

Po trzecie: Obawy.

Lęk i strach przed opuszczeniem, które towarzyszyły mi latami doprowadzający do pogłębiającej się depresji. Kiedy mój partner miał wyjść sam z domu, mój strach, że już nie wróci do mnie, że mnie zostawi, był tak silny, że nie byłam w stanie normalnie funkcjonować. To oczywiście nasilało chęć kontrolowania go na każdym kroku, by upewnić się, gdzie jest i co robi. Każda bliska mi osoba swoim zachowaniem, takim jak: znikaniem bez uprzedzenia, nagminnym spóźnianiem się, wychodzeniem po cichu, w ukryciu z domu bez mówienia, dokąd, powodowała, że emocje się nasilały przechodząc powoli w obsesję.

Po czwarte: Drugie dno, ukryty powód.

W życiu dorosłym napotykałam ciągle na osoby, które do końca nie były ze mną szczere. Gdzieś pod płaszczykiem naturalnych zachowań starały się ukrywać prawdziwe powody swoich decyzji, zachowań. Intuicyjnie wyczuwałam, że kłamią, choć trudno było mi to uzasadnić, nawet przyłapani na gorącym uczynku wciąż szli w zaparte podtrzymując pierwotną wersję.

Po piąte: Ciche znikanie.

Jak wiele, tak i tą zasadę „cichego znikania” przeniosłam do własnego życia. Kiedy urodziła się moja starsza córka, przez jej pierwsze lata życia uciekałam „cichaczem” z domu, kiedy chciałam wyjść gdzieś sama. Popierana z całego serca przez moja mamę, że tak właśnie trzeba robić, słowami: „Idź, po cichu ubierz się, a ja ją zajmę czymś, żeby nie widziała, jak wychodzisz.”.

Niesamowite, jak wiele rzeczy wynosimy nieświadomie z naszych rodzinnych domów. Moja mama, zapewne zupełnie nie zdawała sobie sprawy, i pewnie dalej nie zdaje, ile takimi zachowaniami wyrządziła mi krzywdy, podobnie jak ja swojej córce. Dlaczego my, dorośli postępujemy w ten sposób wobec dzieci? Jednym z powodów może być to, że nie potrafimy poradzić sobie z pojawiającymi się w takich momentach bardzo silnymi emocjami. Płacz malutkiego dziecka często podświadomie przypomina nam własne nieuświadomione rzeczy z dzieciństwa i będzie działał na nas niekomfortowo dopóty, dopóki świadomie nie zdecydujemy się uwolnić tych ukrytych pokładów emocji.

Któregoś dnia szukając wyjaśnienia, dlaczego moje kilkuletnie dziecko wpada w histeryczną panikę, jak tylko znikam jej z pola widzenia, przeczytałam na jakimś forum, że przyczyną może być tzw. „ciche znikanie”. Okazało się, że informowanie dziecka, o chęci wyjścia samemu z domu jest lepsze od cichego znikania, bo w ten sposób utrwala się przekonanie: „Mama czasem wychodzi, ale zawsze wraca.”.

Od tamtego momentu zaczęłam stosować tą zasadę. Nie zadziałało to od razu, niestety. Trudno jest zmienić zakorzenione w podświadomości przekonanie. Z czasem jednak histeria i panika u mojej córki zaczęły znikać. W przypadku drugiego dziecka stosuję tą zasadę od początku: kiedy wychodzę, zawsze robię to oficjalnie. Daję jej buziaka, mówię „Papa, Kochanie, mama niedługo wróci.” i nie ważne czy idę na dziesięciominutowy spacer czy na 4 godziny do pracy. Jej reakcja? Płacz. Ale tylko chwilowy. Często, zanim jeszcze wyjdę, przeciera oczka i macha mi na pożegnanie. Wiem, że za mną tęskni, ale w przeciwieństwie do starszej córki, młodsza nie reaguje histeria, kiedy znikam jej z oczu i nie zmusza mnie też do zostawiania otwartych drzwi łazienki zaglądając co chwila lub wołając: „Mama, jesteś?”.

Pozdrawiam Was gorąco z ciepłej, zimowej Anglii.

 

Jeśli potrzebujecie mojego wsparcia lub macie jakiekolwiek pytania zapraszam Was do kontaktu.

 

Magiczne Święta

„- Wiesz co? Męczą mnie już te święta. Kiedyś, będąc dzieckiem, czy młodą dziewczyną,
cieszyłam się ogromnie na myśl o zbliżającym się Bożym Narodzeniu. To był taki magiczny czas, kolędy, śnieg, prezenty, czas miłości i rodzinnych spotkań. Ale teraz coraz bardziej widzę, że z roku na rok niewiele z tego wszystkiego zostało, a może nigdy tego tak naprawdę nie było. Siadają wszyscy przy suto zastawionym stole, składają sobie górnolotne życzenia, ściskają się z udawaną życzliwością, by później w zaciszu własnych domów obrobić sobie nawzajem d… . Po co to wszystko? Bez sensu zupełnie…

IMG_5493.jpg

 

– A jakie chciałabyś, żeby te święta były? – odezwał się głos po drugiej stronie laptopa.

– Jakie? Nie wiem. Prawie co roku Wigilia jest u rodziców w domu.

– No tak. Takie są zwykle. Ale jakich ty pragniesz?

Jakich ona pragnie? Zamyśliła się. Nigdy wcześniej nie rozważała opcji, że święta mogłyby być inne niż te, które znała od lat. Przecież to kilkudziesięcioletnia tradycja. Odkąd pamięta już na dwa dni przed Wigilią zaczynały się przygotowania: wędzenie mięs i kiełbas, peklowanie, marynowanie, robienie bigosu, smażenie ryb, pieczenia ciast i przygotowywanie innych potraw na świąteczny stół. W dniu Wigilii ubierano choinkę i choćby nie wiem jak każdego roku nie planowano, tak zawsze, ale to zawsze w dniu kolacji było wciąż było ogrom prac do zrobienia i nigdy z niczym nie mogło się zdążyć na czas. To oczywiście wiązało się z kupą nerwów i krzyków. No ale cóż. Tak przecież właśnie wyglądają święta. Przecież musi być kupa różnego rodzaju kotletów, kotlecików, szaszłyków i innych mięs plus 12 tradycyjnych potraw wigilijnych, a same się nie zrobią. Wyśmiewano zawsze osoby, które przygotowywały jedynie skromną ilość potraw na Wigilię. Idiotyzm! A co przez resztę dni jedli? Jedzenia powinno być tyle, by starczyło na kolejny tydzień, czasem aż do Sylwestra.

– No więc? – z zamyślenia wyrwał ją głos – Jakie miałyby być idealne święta?

– Hmm…, – nagle dało się zaważyć jak jej twarz promienieje i pojawia się uśmiech – Chciałabym, aby nie było tyle nerwów i krzyków przy ich przygotowywaniu. Większość robionych dań na święta i tak jest niepotrzebna, mogłoby być ich o połowę mniej. Chciałabym, aby w tle rozbrzmiewały kolędy, w domu pachniało choinką, a my, całą rodziną ubieralibyśmy wspólnie choinkę, żartując i śmiejąc się z różnych opowiastek i wspomnień. Nie byłoby tego napięcia i stresu, który co roku powoduje, że moja matka nie wie jak się nazywa. A potem w tej wyjątkowej atmosferze usiedlibyśmy do stołu wigilijnego. Tak sobie wyobrażam idealne święta.

– Brzmi wspaniale. Cudowny obraz świąt.

– No tak. Ale to nigdy nie nastąpi. Moja matka nie rozumie, że święta można spędzić inaczej, bez stresu, bez napięć, bez zgrzytów, bez miliona różnych faszerowanych i pieczonych mięs, w zamian za rozmowy chociażby przy kubku ciepłego kakao lub kawy delektując się świątecznym makowcem i piernikiem.

– Na to niestety nie masz wpływu. Ale masz wpływ, jak ty spędzisz te święta. Kiedyś byłaś dzieckiem, nie miałaś wyboru. Jednak teraz jesteś dorosła i masz możliwość podjęcia własnej decyzji.

– Własnej decyzji? To znaczy? – trudno było jej sobie wyobrazić, że rzeczywiście może podjąć własną decyzję, jeszcze trudniej, że decyzja ta mogłaby być inna niż zwykle.”

 

Kochani, zbliża się jeden z ważniejszych okresów w roku, czas Świąt Bożego Narodzenia. Kiedyś wiązał się on dla mnie z wyjątkową, niecodzienną atmosferą, prezentami i stołami uginającymi się od świątecznych smakołyków. Ale nie tylko, czas świąteczny to również były nerwy, krzyki i wyzwiska, kiedy jako dzieci zamiast zabierać się do porządków i obowiązków zajmowaliśmy się zabawą, to także stres i pośpiech, żeby zdążyć z wszystkim na czas, płacz dzieci, kiedy dostały lanie i płacz mojej matki, kiedy nie zdążyła wszystkiego przygotować i zamiast podziękowania otrzymała musztrujący, niemiły komentarz. To wszystko było nieodzowną częścią wigilijnych przygotowań przez 38 lat mojego życia. Nawet kiedy wyprowadziłam się już z domu rodzinnego, to przez bardzo długi czas nie wyobrażałam sobie spędzenia świąt poza nim. Atmosfera nigdy nie uległa zmianie. Zawsze dużo nerwów, dużo stresu, dużo pośpiechu, by w końcu zasiąść do wigilijnej kolacji dusząc jednocześnie w sobie negatywne emocje wywołane chwilę wcześniej przez pozostałych domowników. Z zaciśniętymi wargami, kręcącą się łzą w oku składane były życzenia miłości, radości i szczęścia. A potem spożywanie posiłku, rozmowy i prezenty.

I tak było co roku.

Aż w końcu nastąpił taki czas, kiedy zaczęłam przyglądać się temu wszystkiemu zadając sobie pytanie, czym tak właściwie te święta są? Co one znaczą? Jak chciałaby, aby postrzegało je moje dziecko? Jakie wartości miałyby z nich płynąć? Gdzie podziała się nadzieja i oczekiwania, z jakimi się one wiązały, kiedy byłam dzieckiem? Gdzie jest szczerość składanych życzeń?

Z każdym rokiem coraz mniej uwagi przywiązywano do atmosfery, coraz więcej do „musi być barszcz, musi być ryba, muszą być pierogi”, „musisz zrobić to, musisz zrobić tamto”, tak jakby Duch Świąt zupełnie nie miał znaczenia, tak jakby atmosferę tworzyła ilość wystawionych dań na stół, a nie relacje ludzi do niego zasiadających. I tak oto zbliżają się kolejne święta Bożego Narodzenia. Kolejne, ale zupełnie inne, bo w te święta odchodzę utartych reguł i narzuconych sztywno zasad. W te święta stawiam na relację z bliskimi mi osobami i na relację z samą sobą. Święta, gdzie celem jest nie godzinne obżeranie się, często na siłę, przy uginającym się od jedzenia stole, a wsłuchanie się w siebie, w swoje potrzeby i potrzeby moich najbliższych. Ile w tym będzie z polskiej tradycji? Myślę, że całkiem sporo, bo wezmę z niej wszystko co zgodne ze mną, ale oprócz tego będzie też coś nowego: będą rozmowy, kolędy, radość, spokój, życzliwość, miłość i brak pośpiechu. Kiedy w życiu wartością stają się ludzie a nie dobra materialne, wszystko ulega zmianie.

Co w tych świętach będzie wasze, a co narzucone?

Jakich świąt pragniecie najbardziej na świecie?

Jakie powinny one być, byście poczuli radość i szczęście w sercu?

Na zmianę decyzji nigdy nie jest za późno.

 

Cudownych, Radosnych Świąt w zgodzie z sobą, tego Wam życzę z całego serca.

 

A na koniec… pewna opowieść. Bo święta i przygotowania do świąt wiążą się również z pewną staropolską tradycją. W opowieści tej każdy odnajdzie, co dla niego ważne.

 

„Pewnego dnia (…) doświadczony zakonnik i reprezentant rady ekumenicznej podróżował promem do Szwecji, na morzu rozpoczął się wiosenny sztorm. Zakonnik zmierzał do protestanckiej gminy Svenska Kyrke – Kościoła szwedzkiego na dalekiej północy, w której funkcjonowała mała, protestancka społeczność zakonna. Miał tam spędzać święta wielkanocne i zbierać materiały do publikacji poświęconej chrześcijańskim wspólnotom zakonnym. Źle znosił sztorm, więc postanowił zamknąć się w kajucie i przespać. Wziął lek nasenny, który wraz z aviomarinem łykniętym wcześniej uśpił go niemal natychmiast. I wtedy przyśnił mu się bardzo realistyczny sen. Śnił o malutkich prosiętach. Miał wrażenie, że jest jednym z nich, a jednak czuł wszystkie swoje ludzkie zmysły, zachowywał się̨ po ludzku i miał nawet jakby własne ciało, jednak porozumiewał się̨ z prosiętami ich językiem. Znajdował się̨ w wielkim pomieszczeniu. Panowało przejmujące zimno i niemal zupełna ciemność. Prosięta nie spały. W kojcu wyczuwał napięcie i strach. Prosięta, które stały wokół, były już podrostkami. Wtedy zauważył, że jest w mniejszym boksie oddzielony kratą od nich. W ciasnej klatce był sam. Przy najmniejszym ruchu druty nieprzyjemnie wbijały mu się̨ w ciało. Bolały go nogi, lecz nie mógł się̨ położyć, kojec był zbyt ciasny. Jedyne ciepło docierało od ciał innych prosiąt, lecz i tak nie zmniejszało przejmującego zimna, które biło od betonowej posadzki. Wszędzie panował nieznośny fetor odchodów, krwi, wilgoci, strachu i cierpienia. Wokół znajdowały się̨ inne, większe lub mniejsze kojce oraz boksy. To było gigantyczne więzienie, wielki chlew, a w nim stłoczone setki świń, prosiąt i warchlaków. Wszystkie porozdzielane według płci, wieku, wielkości. Z tyłu słychać było kwik i rozpacz warchlaków oderwanych od matki i gdzieś z oddali głos maciory, która dodawała im otuchy. Starsze prosięta szeptem, z trwogą powtarzały: „Człowiek przyjdzie i uderzy, człowiek przyjdzie i uderzy”, a inne: „Człowiek nakarmi, człowiek nakarmi i minie nasz głód”. Wtedy chrząknął stary wielki knur: „Człowiek przyjdzie i was zabije. Jestem tu już bardzo długo i zawsze tak jest, człowiek przychodzi i zabija. Na wiosnę zabija najwięcej. Na wiosnę zabija nawet najmniejsze warchlaki”. Rozległ się̨ przeraźliwy pisk setek przerażonych ryjków. A wtedy knur dodał: „Mnie też pewnego dnia zabije, tak powiedział stary knur przede mną, jemu zaś powiedział poprzedni, którego też zabili. Jutro jednak zabije tylko tego, który siedzi w ciasnej klatce”.

Zakonnik zbudził się̨ oblany zimnym potem. Przez dwa dni, w czasie podroży pociągiem na północ, nie zmrużył oka. Na początku przypisywał sen wpływowi lekarstwa, uzasadniał go sztormem, chorobą morską i własnym zmęczeniem. Zazwyczaj nie pamiętał snów, a jeśli, to tylko fragmenty, bezsensowne urywki. Całe życie był pragmatykiem, realistą w zakonnej sukience. Jego zgromadzenie miało charakter misyjny, etos pracy nastawionej na konkretne wyniki był silnie zaznaczony w duchowości zakonnej. Jednak po serdecznym powitaniu w gminie protestanckiej po nabożeństwach Wielkiego Piątku zasnął zmęczony. Tej nocy przyśnił mu się kolejny sen. Tym razem szedł drogą do wiejskiego kościołka w rodzinnej wsi. Jako zupełnie naturalne odebrał wrażenie, że porusza się bardzo nisko przy ziemi. Spostrzegł w oddali psa i to go zastanowiło, najpierw go poczuł węchem, a dopiero potem zobaczył. Przy drzwiach kościoła siedział ich stary pies Morus. Wtedy przypomniał sobie, że kiedy był małym chłopcem jego ukochany, siwy ze starości, Morus, pewnego dnia zginał. Brat mu powiedział, że Morus pewnie uciekł do lasu. Chodził przez wiele dni i wołał w lesie swego ulubieńca, ale bez skutku. Tym bardziej ucieszył się̨, że widzi swego przyjaciela na progu kościoła. Uświadomił sobie jednak, że od czasu dzieciństwa minęło wiele lat. Wówczas Morus odezwał się̨, a zakonnik ze zdumieniem spostrzegł, że rozumie psią mowę. „Uciekaj, bo człowiek cię zabije, tak jak mnie zabił wiele lat temu, gdy przestałem być mu potrzebny, szybko uciekaj”. Kiedy Morus odwrócił łeb i odbiegł, zakonnik spostrzegł wielką ranę na jego głowie, jakby ktoś zadał mu cios siekierą. W szybie drzwi kościelnych odbił się jego własny wizerunek. Był psem – jak Morus. *

Po przebudzeniu natychmiast otworzył Żywoty Świętych i odnalazł właściwy akapit.

* MORE Sir THOMAS, Morus, święty (1478–1535), angielski mąż̇ stanu i pisarz polityczny; 1935 kanonizowany; 1529–32 Lord Kanclerz Anglii; humanista, jeden z gł. reprezentantów idei odrodzenia; autor Utopii (wyd. łac. 1516, ang. 1551, pol. 1947), w której przedstawił obraz idealnego państwa i systemu społecznego (od tytułu dzieła More’a, będącego zarazem nazwą opisanej w nim krainy, zaczęto nazywać́ inne podobne projekty utopijnymi); po ogłoszeniu się̨ przez Henry- ka VIII Tudora zwierzchnikiem Kościoła w Anglii, More ustąpił z urzędu kanclerza, a następnie odmówił uznania króla za głowę Kościoła w Anglii, co spowodowało oskarżenie go o zdradę̨ stanu i osadzenie w więzieniu; pozostawił pisane w tamtym czasie listy, rozważania, modlitwy (pol. wybór Pisma więzienne 1985); skazany na karę śmierci, stracony.

Przeczytał krótką notatkę biograficzną i zadzwonił do brata w Polsce. Była Wielka Sobota. Ten długo milczał w słuchawce. Autorytet brata zakonnika, który pracował w Watykanie u boku Ojca Świętego nie pozwoliły mu dalej milczeć.

„Tak, zabiłem Morusa – wyznał – bo był już za stary. Ojciec mi kazał.”

„Czy inne psy w naszym domu także ginęły w ten sposób?” – spytał zakonnik. Brat przytaknął jedynie mruknięciem.

„Czy do tej pory tak postępujesz, bracie?” Tym razem cisza była jeszcze dłuższa.

„Przecież̇ to tylko zwierzęta. W gospodarstwie potrzeba młodego psa, żeby pilnował dobytku, a stary pies sobie nie radzi, choruje. Wiesz dobrze, jak to jest. Zabijam też prosiaki i cielaki, i kurczaki, i kaczki, wszystko, co hoduję w gospodarstwie. Ojcowie z twojego zgromadzenia w każde święta zapraszają̨ mnie na świniobicie”. Wtedy zakonnik pomyślał, że logika brata była nieodparta. Jeśli zabija się jedno zwierzę na pokarm, można zabić drugie, gdy przestaje być użyteczne. Gdyby sawinie potrafiły pilnować obejścia, a psy były w Polsce zjadane w postaci kotletów, zmieniłaby się̨ tylko kolejność rzezi i czas życia zwierząt. Powiedział do słuchawki:

„To nie twoja wina, bracie” i rozłączył rozmowę. Przez chwilę sam obwiniał się̨ za małoduszność wobec brata, że nie złożył życzeń, że nie wyjaśnił, że nie powiedział: „Nie rób tego więcej”.

W bibliotece zgromadzenia znalazł „Utopię” Tomasza Morusa w wersji oryginalnej i jeszcze tego samego dnia przeczytał, cały czas myśląc o przypadkowej zbieżności wiejskiego, psiego przezwiska ze świętym. Wtedy przypomniał sobie, że psy, gdy był dzieckiem, zawsze nosiły imiona katolickich męczenników. Maksym, jak święty Maksymilian; Bartek jak święty Bartłomiej, Beket jak Thomas Becket. Miał wrażenie, że zaraz zwariuje, że takie analogie to głupota, herezja. Wreszcie poszedł modlić́ się̨ do kaplicy – żarliwie, długo, samotnie.

I gdy tak skupiony zaznał ukojenia, wyciszył się̨ i przeżycia ostatnich dni odsunął od siebie, uznając je za efekt długiej podroży, wtedy odniósł wrażenie, że ktoś́ mu się̨ przygląda. Podniósł wzrok i w półmroku dostrzegł wielkiego pręgowanego kota, który siedział metr dalej, pod krzyżem, i wpatrywał się̨ w niego. Rozejrzał się̨. Drzwi kaplicy były zamknięte. Nikt od wielu minut tu nie wchodził. Wcześniej w całym domu zgromadzenia nie widział żadnego kota. Kiedy spokój prysnął i znowu zaczęły powracać́ dziwaczne skojarzenia, przed którymi zakonnik się̨ bronił, między łapami kota i kolanami zakonnika, powolnym krokiem, przemaszerowała mysz. Obaj z kotem powiedli wzrokiem w ślad za myszą̨, po czym kot wstał, odszedł w drugą stronę̨ i zniknął. Żaden z członków wspólnoty nigdy o pręgowanym kocie nie słyszał. Pytani, patrzyli na swego przyjaciela z Polski z wyraźnym zdziwieniem i niedowierzaniem, gdyż̇ dom wspólnoty stał na odludziu. Do najbliższej osady było dwanaście kilometrów. A zatem znowu śnił, lecz tym razem śnił na jawie, w modlitwie?

Świątecznym rankiem zakonnik doszedł do wniosku, że jeśli będzie szukał „obiektywnej prawdy”, to dotrze na manowce albo zwariuje. Wiedział też doskonale, że nie chce zignorować tego, co mu się̨ przydarzyło. Dlatego postanowił zapytać́ siebie: „co to dla mnie znaczy”, czyli zapytać́ własnej intuicji i poczekać́.

W dwa tygodnie później na promie do Polski spostrzegł kobietę̨, która podróżowała z kotem w klatce, o identycznym pręgowanym futerku jak ten z kaplicy. Nawet się̨ nie zdziwił tym widokiem. Wydał mu się̨ całkowicie konsekwentny, wręcz spodziewany. Zaczął się̨ z zaciekawieniem przyglądać́ sobie i sytuacji. Kobieta usiadła na fotelu obok zakonnika na zakrytym tarasie widokowym. Otworzyła klatkę i wtedy kot, niemal identycznie jak w kaplicy, zaczął się̨ przyglądać́ zakonnikowi.

– Lubi pan zwierzęta? – spytała nieznajoma, przyglądając się̨ wraz z kotem zakonnikowi, który był ubrany dla wygody „po cywilnemu”.

– Tak, chyba tak, chociaż świadomie nad moim stosunkiem do zwierząt zacząłem się̨ zastanawiać́ właściwie kilka dni temu.

– To jest Sebastian, polubił pana – powiedziała kobieta, a tymczasem zakonnik rozpoznał kolejne imię męczennika nadane zwierzakowi.

– Dokąd Sebastian podróżuje?

– Do Warszawy, w bardzo ważnej sprawie, na sympozjum naukowe. – Reakcją zakonnika była jedynie zdziwiona mina, dlatego kobieta wyjaśniała dalej:

– Sebastian realizuje swoją misję, a ja przy okazji także własną. Oboje występujemy na całym świecie na seminariach i spotkaniach poświęconych obronie praw zwierząt. Pewnie jak wielu osobom, które po raz pierwszy słyszą̨ o tej idei, sprawa wyda się̨ panu niegodna uwagi. Zwłaszcza w dobie wojen, głodu i niesprawiedliwości, z powodu, których cierpią̨ ludzie. My jednak – tu spojrzała na Sebastiana – uważamy, że jeśli ludzie w dalszym ciągu będą obojętni na los zwierząt, to nie zdobędą się nigdy na troskliwość wobec swoich bliźnich. Zakonnik słuchał z uwagą, wreszcie spytał:

– Na czym polega misja Sebastiana?

– Rokrocznie miliardy zwierząt składane są̨ w ofierze ludziom jako pokarm, surowiec i wreszcie jako żywy materiał do testów i badań. Przeżywają̨ ogromne katusze i męczarnie, zanim łaskawa ręka człowieka ostatecznie odbierze im życie. Czasami jednak ich życie w męczarniach jest przedłużane w nieskończoność, gdy jakiś́ zespół badawczy, ma zamiar przez wiele dni wyciągać́ wnioski z ich cierpienia. Sebastian jest jednym ze stu pięćdziesięciu szwedzkich kotów, które zostały dobrowolnie przekazane przez laboratoria badawcze członkom naszego stowarzyszenia. Uzyskał wolność́. Niektóre zespoły, które hodowały koty na cele badawcze, pod wpływem naszych działań́ zrezygnowały z tego rodzaju testów, na rzecz metod humanitarnych. W wyniku eksperymentów Sebastian nie ma ogona, stracił też prawie zupełnie wzrok. Setki razy był nakłuwany i podłączany do elektrod – zakonnik raz jeszcze przywołał obraz świętego Sebastiana przebitego strzałami – jednak jest tak wspaniałomyślny, że pomimo tego, co go spotkało, potrafił obdarzyć́ miłością̨ i szacunkiem istotę̨ ludzką. A teraz, wraz ze mną, opowiada o swojej historii i o losie innych zwierząt, w nadziei, że skruszy bezduszne serca ludzi w różnych krajach. Pierwszy raz jedziemy do Polski.

Od tamtej pory zakonnik naraził się̨ już na kilka upomnień od swoich przełożonych, gdyż̇ zaczął aktywnie działać́ w stowarzyszeniach obrony praw zwierząt na całym świecie, głosząc, że interpretacja katolicka słów Jahwe: „Czyńcie sobie Ziemię poddaną” jest błędna. Również̇ jego teza o franciszkańskiej zgodności z ideami buddyzmu wywołała ostrą krytykę̨. Jednak jako zasłużony, utytułowany i doświadczony zakonnik mógł sobie pozwolić́ na nadwerężenie ślubu posłuszeństwa i postawienie generałowi zakonu ultimatum: „albo dadzą mu spokój i on będzie robił swoje w sprawie zwierząt w taki sposób, jaki uzna za stosowne, albo występuje z zakonu”. Uznano, że lepiej mieć go w zakonie, przyznając mu dużą autonomię, niż̇ jego upór i determinację w sprawie zwierząt mieć przeciwko sobie, czyli przeciwko Kościołowi.”

Fragment z książki Macieja Bennewicza „Coaching czyli Restauracja Osobowości”

 

 

Zazdrość

„Było sobie kiedyś dwóch ciężko chorych mężczyzn, którzy dzielili niewielki pokoik w pewnym szpitalu.

Pokój, naprawdę mały, miał tylko jedno okno.

Jeden z chorych, ten, którego łóżko znajdowało się naprzeciw okna, mógł codziennie po południu – w ramach leczenia – siadać na godzinę w swoim łóżku, co miało pomóc odprowadzić flegmę z płuc czy coś takiego. Drugi mężczyzna musiał niestety cały czas leżeć.

Tak więc każdego popołudnia pierwszy z chorych siadał wsparty poduszkami naprzeciw okna i spędzał godzinę, opisując swemu towarzyszowi, co widzi za oknem.

Najwyraźniej okno wychodziło na park. Był tam staw, a w nim kaczki i łabędzie. Dzieci rzucały im kawałki chleba albo puszczały łódki.

Pod rozłożystymi koronami drzew spacerowali, trzymając się za ręce zakochani; były kwiaty i trawniki, na którym grywano w piłkę… A w tle, za drzewami, rozciągał się wspaniały widok na miasto.

Mężczyzna, który nie mógł siadać i oglądać wszystkiego, słuchał łapczywie słów współtowarzysza, ciesząc się każdą minutą opowieści.

Dowiadywał się, jak to jakieś dziecko nieomal wpadło do stawu i jak ślicznie wyglądały dziewczęta w letnich sukienkach.

Odnosił wrażenie, że dzięki relacjom swego przyjaciela sam widzi dokładnie, co dzieje się za oknem.

Któregoś popołudnia uderzyła go dziwna myśl: dlaczegóż to niby tylko tamten mężczyzna miałby rozkoszować się widokiem z okna? Czy i on nie miał prawa wyjrzeć na zewnątrz?

Wstydził się swojej zazdrości, lecz im bardziej starał się o niej zapomnieć, tym większe dręczyło go pragnienie zmiany. Zrobiłby wszystko, byle wyjrzeć przez to okno!

I oto pewnej nocy, wpatrzony w sufit, usłyszał, jak jego współtowarzysz budzi się i kaszląc i dusząc się, rozpaczliwie szuka przycisku, którym mógłby przywołać pielęgniarkę.

Nie pomógł mu jednak, obserwował go tylko.

Oddech tamtego biedaka wkrótce zamarł.

Rano zabrano jego ciało.

Odczekawszy nieco, by nie przekroczyć granic przyzwoitości, mężczyzna poprosił, by przeniesiono go do łóżka naprzeciw okna.

Spełniono jego prośbę.

Otulony pościelą, leżąc wygodnie, czekał, aż wszyscy wyjdą. Potem podniósł się ciężko na łokciu i zaciskając z bólu zęby, zerknął przez okno.

Za oknem była ściana.”

Przywitaj się z wujkiem!

„Z kuchni dobiegło ją wołanie matki:

inne
Zdj. Internet

– Chodźcie się przywitać, ciocia z wujkiem przyjechała.

Och nie! Tylko nie to! Nienawidziła tych chwil.

Do sieni weszła ciotka z wujkiem, a za nimi wparowała gromadka dzieci. W maleńkim trzy metrowym pomieszczeniu zrobił się harmider, zaczęły się uściski i cmoki.

Stanęła oparta o framugę starych, obdrapanych drzwi. Wkrótce dołączyła młodsza siostra i brat. Dorośli kończyli witanie się, pewnie zaraz będzie jej kolej. Nie przepadała za tym wujkiem. Zawsze tak dziwnie, nieładnie pachniało mu z ust.

– No! Dalej! Przywitajcie się ładnie!

Podeszła niechętnie ze skwaszoną miną, próbując uniknąć zbyt bliskiego kontaktu.

– No, ale jak to tak? Bez buziaka? – odparował wujek reagując na jej wyciągniętą dłoń w geście przywitania.

Szukając wsparcia spojrzała na matkę, widząc jednak jej skwaszoną minę i karcący wzrok ojca nastawiła policzek. Wujek zamaszyście przyciągnął jej maleńkie, chudziutkie ciałko do siebie i zostawił soczystego, mokrego całusa trafiając prosto w jej usta.

– No! Od razu lepiej! – skwitował.

Wzdrygnęła się. Odeszła na bok i ukradkiem wycierając resztki wujkowej śliny z ust i policzka zrobiła miejsce rodzeństwu. To były najbardziej nielubiane przez nią momenty w odwiedzinach gości. Rodzinne wizytacje odbywały się tu praktycznie co tydzień. Kilka razy chcąc uniknąć nieprzyjemnych chwil uciekła do sadu, chowając się wśród krzaków porzeczek, jednak w efekcie końcowym na nic się to zdało. Wcześniej czy później musiała wrócić do domu, a wtedy często wujkowy pocałunek zostawiał śmierdzący ślad mieszanki śliny i alkoholu na jej delikatnej, dziecięcej skórze. Miała wówczas wrażenie, że czuje ów smród przez resztę dnia.

Próbowała też raz czy dwa odmówić przywitania się. Skończyło się to jednak tak ogromną burą od rodziców, że więcej nie odważyła się tego powtórzyć.

Oczywiście nie na wszystkich tak reagowała. Najbardziej krępujące i nieprzyjemne były przywitania wujków i dziadków. Z ich ust dało się czuć na odległość, brzydki, śmierdzący, nieprzyjemny zapach, który później na długo pozostawał na skórze.

Lubiła jednak niektóre ciotki. Pachniały ładnie perfumami, a ich buziaki były delikatne i zostawiały taki fajny, czerwony lub różowy ślad szminki. Postanawiała sobie wtedy, że ona też, kiedy dorośnie, będzie jak te ciocie, umalowana i pachnąca perfumami. I że nigdy nie będzie zmuszać dzieci do witania się.  

Podczas rodzinnych wizyt zdarzały się czasem jednak i gorsze chwile. Kiedy spotkanie rodzinne nasączone było suto alkoholem w domu robiło się głośno, ciasno i gwarno, a w powietrzu duszno od papierosowego dymu. Starała się wtedy unikać przebywania w polu widzenia wujostwa. Jeśli była zbyt nieostrożna rozochocony wlanymi w siebie procentami wujaszek lub ciotunia łapali ją za rękę i ciągnęli sadzając siłą na kolanach. Zaczynało się obmacywanie i zadawanie krępujących pytań:

– No chodź tutaj do nas! Pokaż, czy już Ci coś tam rośnie?

– No! Pokaż! Masz coś już, czy jeszcze nie? – Rechotali głośno, przekrzykując jeden, drugiego.

Nigdy nie czuła się bardziej zbrukana niż w takich chwilach. Jakby zabierano jej to, co najcenniejsze- jej dziecięcą intymność, jej niewinność. Niespełna trzydziestokilkuletnie towarzystwo, co rusz próbowało dorwać ją lub jej siostrę, obmacując na zmianę, a to po piersiach, a to klepiąc po pośladkach. Nikt, ale to nikt z obecnych tam dorosłych nie reagował wówczas. Nawet jej matka i ojciec akceptująco milczeli w tych sytuacjach. Tylko ona za każdym razem czuła straszny, wewnętrzny zgrzyt i niemy krzyk sprzeciwu, kiedy po raz kolejny czyjeś łapska przekraczały jej dziecięcą granicę intymności. Czy to normalne? Czy tak właśnie zachowują się dorośli? Czy ona, ośmioletnia dziewczynka, powinna akceptować takie zachowania? I dlaczego, jeśli wszyscy to tolerują, ona mimo wszystko czuję wewnętrzny sprzeciw i niezgodę na takie zachowania? Dlaczego tak bardzo źle czuje się za każdym razem, kiedy ktoś obcy dotyka jej ciała i niedojrzałych jeszcze piersi czy pośladków? Dlaczego dla dorosłych jest takie ważne, by sprawdzić czy jej piersi już urosły czy jeszcze nie? Czy z nią jest coś nie tak, że reaguje niechęcią na te gesty? I czy kiedyś będzie umiała zaakceptować takie zachowania wobec siebie nie czując wewnętrznego sprzeciwu?

Te i inne pytania, na które jeszcze długo nie znalazła odpowiedzi, kłębiły się jej w maleńkiej głowie.”

Od kiedy zaczyna się intymna granica dziecka, której nie wolno nikomu przekraczać?

Ile lat powinno mieć dziecko, by tę granicę uszanować?

Co reguluje i wyznacza jej nienaruszalność?

Kiedy gesty i dotyk stają się naruszeniem integralności dziecięcej? I kiedy można nazwać je molestowaniem seksualnym?

Moje dziecko nigdy nie było zmuszane przeze mnie do dawania całusów wujkom, ciociom lub innym obcym osobom. Zawsze miała prawo decydować, czy i w jaki sposób, chce się z kimś przywitać. Nastręczało to oczywiście mi wiele nieprzyjemnych sytuacji, kiedy inne dzieci „grzecznie i ładnie” witały się uściskami i pocałunkami z członkami bliższej lub dalszej rodziny. Patrzono wtedy na mnie krzywo, że nie umiem wychować swojego dziecko. A ja, gdzieś w środku czułam, że nie mam prawa jej do tego zmuszać. Wciąż pamiętałam jak nienawidziłam takich sytuacji sama będąc dzieckiem.

Moja druga córka od początku wychowywana jest zgodnie z zasadą, że jedynymi osobami, które ją dotykają są mama i tata. Choć obecnie ma niespełna 16 mc, daję jej prawo do decydowania, czy chce być przez kogokolwiek innego dotykana, noszona na rękach, czy też przewijana. Stało się dla mnie naturalne, że dziecko, bez względu na wiek, ma prawo decydować na ile powoli obcej osobie zbliżyć się do siebie. Nie ma dla mnie znaczenia, czy jest to babcia, dziadek, ciocia czy wujek, jeśli maluch widzi ich drugi czy trzeci raz w życiu lub jeszcze gorzej – pierwszy.

Często jestem świadkiem scen, gdzie grupa dorosłych przekazuje sobie dziecko z rąk do rąk niczym zabawkę, nie licząc się z jego uczuciami?  Czy takie kilkumiesięczne lub kilkuletnie dziecko nie ma prawa decydować o swojej intymnej przestrzeni? I czy my nie powinniśmy mieć obowiązku jako rodzice chronić tą intymność, póki ono nie jest w stanie wyrazić swojego zdania?

Wyobraźmy sobie sytuację, że idziemy do nowej pracy, a tam wzywa nas do swojego gabinetu nasz nowy szef i od progu ciągnie za rękę i każe usiąść sobie na kolana. Przytula nas i dotyka. Czyż nie brzmi to absurdalnie? Nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić takiej sytuacji, prawda? Jeśli więc dziecko uczy się od małego stawiania granic, szacunku do swojego ciała i intymności, to jaki wzorzec wyniesie ono z domu, gdzie nagminnie łamie się jego przestrzeń i narusza cielesność?

Zadajmy sobie więc pytanie, czy my sami chcielibyśmy, by ktoś nas też tak traktował? By bez naszej zgody przytulał, podnosił, dotykał, całował? Dlaczego więc zabieramy to prawo małemu rosnącemu człowiekowi? Czy tylko dlatego, że nie potrafi on wyrazić swojego zdania i jasno zakomunikować, na co się NIE zgadza? Kim jest matka i ojciec w tej sytuacji?

Patrząc na reakcję moich córek, kiedy ktoś z zewnątrz stara się je dotknąć lub przywitać z nimi często obserwuję grymas na ich twarzy, obronny gest lub unik.

Nasze społeczeństwo nie jest przyzwyczajone słyszeć od matek czy ojców dzieci: Proszę nie dotykać mojego dziecka. W końcu przecież to tylko dziecko, często można usłyszeć w odpowiedzi na taką reakcję. Tylko i AŻ DZIECKO. To dziecko od urodzenia uczy się wyznaczania granic i chronienia swojej intymnej przestrzeni reagując, tak jak umie, krzykiem lub płaczem, na niechciany dotyk.

Dzieci mają prawo do tego, by nie przekraczano ich sfery intymnej, a my rodzice mamy obowiązek chronić je i wspierać w ich rozwoju.